„Marilyn Monroe Normana Mailera” autorstwa Jean Stafford po raz pierwszy ukazała się we wrześniowym wydaniu „Vogue” z 1973 roku. Aby otrzymywać więcej najciekawszych materiałów z archiwów „Vogue”, zapisz się tutaj do naszego newslettera Nostalgia.
UWAGA REDAKCJI: Norman Mailer – który czyta gazety tak, jak inni patrzą w lustro, by sprawdzić, czy wciąż jest sobą – wywołał falę zainteresowania swoją quasi-biografią Marilyn. To duża, błyszcząca, ciężka książka, wypełniona pospieszną i przeładowaną prozą Mailera, obok zdjęć Marilyn Monroe wykonanych przez dwóch tuzinów fotografów – niektórych niemal tak sławnych jak ona. Książkę wydało wydawnictwo Grosset & Dunlap, które podobnie jak Mailer musiało stawić czoła groźbom prawnym ze strony autorów i wydawców, z których prac korzystał. Gwiazdor Mailer i gwiazda Monroe wydają się być parą stworzoną w niebie. Ale ponieważ nigdy nie spotkał jej w tym życiu, Jean Stafford – która poznała Marilyn Monroe i opowiada nam o tym – uważa, że powinien był poczekać na następne.
Pewnego gorącego lipcowego popołudnia na początku lat 50. poznałam Marilyn Monroe w Westport w stanie Connecticut, w domu, w którym jadłam lunch. Przywiózł ją tam jej tymczasowy menedżer, fotograf mody Milton Greene, aby nauczyła się jeździć na nartach wodnych. Milton był przyjacielem mojego gospodarza, Josepha Thorndike’a, którego dom był ukryty nad Long Island Sound – wybrany, ponieważ był wystarczająco cichy, by nie ściągać tłumów. Panna Monroe prawdopodobnie i tak by ich nie ściągnęła, chyba że miejski herold ogłosiłby jej nazwisko. W tamtym czasie wyglądała tak zwyczajnie jak tłumy opalające się na pobliskiej plaży Compo. Bez makijażu jej twarz była nijaka. Włosy potrzebowały porządnego uczesania i szczotki. Była wyraźnie pulchna, a jej figura była niemal nieatrakcyjna. Sprawiała wrażenie słowiańskiej kelnerki na wolnym dniu z przydrożnej knajpy. Była tak cicha i łagodna, że nie pamiętam ani jednego słowa, które powiedziała – a możliwe, że nie powiedziała żadnego.
Widziałam ją ponownie dziesięć lat później na planie filmu „The Misfits” w Nevadzie. Wtedy, choć wewnętrznie była głęboko udręczona, wyglądała eterycznie jak mgła, jasno jak spadająca gwiazda – tak zadumana, tak zagubiona, tak zrozpaczona, że mogłaby obudzić instynkt macierzyński w kamieniu. Była skomplikowana, bez wątpienia. Ale czy była tak skomplikowana, jak przedstawia ją Norman Mailer, to już inna kwestia. A jeszcze bardziej wątpliwe jest, czy Norman Mailer – nasz samozwańczy ekspert od tak wielu rzeczy (czy widzieliście, jak kamery telewizyjne skierowały się na niego podczas przesłuchań Watergate?) – jest odpowiednią osobą do napisania jej ostatecznej biografii. Albo do analizowania jej jako ostatecznego symbolu Ameryki, która zabiła Johna F. Kennedy’ego, Roberta Kennedy’ego i Martina Luthera Kinga oraz pomogła Richardowi Nixonowi dojść do władzy. Pan Mailer kocha słowo „egzystencjalny” nawet bardziej niż slangowe określenia seksu. Więc skoro nie wiem, co znaczy „egzystencjalny” (i jestem zbyt zakorzeniona w swoich nawykach, by się tego dowiedzieć), mogłam przeczytać jego książkę o pannie Monroe z niestosownym poczuciem zabawy.
O biografii Marilyn Monroe autorstwa Maurice’a Zolotowa Mailer pisze: „...jego materiał jest wypchany (użycie tego słowa jest, jeśli nie błędne, to przynajmniej wątpliwe) przesadzonymi, pustymi anegdotami, którym nie można ufać już po sposobie, w jaki są napisane – felietonista odgrzewający stare historie od innych felietonistów. Jest to więc książka z mniejszą liczbą faktów niż faktów (by dołączyć do głodnych szeregów tych, którzy tworzą słowa) – to znaczy faktów, które nie istniały, zanim pojawiły się w magazynie lub gazecie. Nie są to tyle kłamstwa, co produkty mające wzbudzić emocje w Milczącej Większości. (Możliwe, na przykład, że Richard Nixon przez całe swoje życie publiczne mówił wyłącznie faktami.)” Nie chciałabym rozwikłać tej prozy – jest mniej więcej tak wiarygodna jak skórka od banana.
Dołączywszy do głodnych (dziwny wybór słowa) szeregów tych, którzy... Gdy pan Mailer ukuje słowo takie jak „fakt”, staje się do niego tak przywiązany, że można by pomyśleć, iż od dawna nie wymyślił nowego terminu. „Fakty” i „faktualia” pojawiają się co kilka stron w tym, co nazywa swoją „Powieściową Biografią”. Jest ich o wiele więcej, niż ktokolwiek potrzebuje.
Oczywiście wiemy, że celowo jest irytujący, by sprostać swojej reputacji najbardziej denerwującego pisarza Ameryki. Wiemy też, że ma coś do udowodnienia – nawet jeśli nie jest to przełomowe: że żadna biografia kogoś, kto żył tak publicznie, a jednocześnie tak skrycie, tak skomplikowanie i tak wąsko jak Marilyn Monroe, nigdy nie może być więcej niż luźno wierna prawdzie. Trudno powiedzieć, o co mu tak naprawdę chodzi. Nie wydaje się zainteresowany zdrapywaniem faktów, by odsłonić coś wartościowego. Mimo że wie, iż jego fakty są fałszywe, wciąż je powtarza i bada z pewnego rodzaju pompatyczną wścibskością, używając własnego ordynarnego języka, by zarówno traktować seks jak święty rytuał, jak i sprowadzać go do wolnej amerykanki. To, co święte, zostaje zagłuszone przez profanum.
W rezultacie Mailer nie jest lepszy od Zolotowa. Serwuje chaotyczną mieszankę opracowań innych pisarzy na temat nieuchwytnej Marilyn – której nigdy nie spotkał – i dorzuca własne rozwlekłe rozważania o szaleństwie, Richardzie Nixonie, policji (która kłamie i znęca się nad niewinnymi; to świnie), Richardzie Nixonie, narcyzmie, Richardzie Nixonie, Metodzie Aktorskiej, Richardzie Nixonie, astronautach, Richardzie Nixonie, „psychohistorii” (moje cudzysłowy) i Richardzie Nixonie.
Mimo wszystko gorzko-słodka historia przetrwa całe to pompatyczne pisanie. Czytamy niechętnie, ale z rozbawieniem, zdumieniem i smutkiem. Pożeramy wzrokiem piękne zdjęcia bogini-laleczki i przypominamy sobie jej nieskończenie głupiutki i nieskończenie słodki głosik. Jako komiczka Marilyn Monroe rozśmieszała nas do łez. W „Mężczyźni wolą blondynki” jako Lorelei Lee i w „Pół żartem, pół serio” jako Sugar wniosła dowcip niemal mądry, a tym bardziej uroczy, że pochodził od kogoś, kto wydawał się ucieleśnieniem głupiej blondynki.
Nasze wspomnienia z drugiej ręki o niej – dziecku bez ojca z obłąkaną matką, przerzucanym między rodzinami zastępczymi, zgwałconym jako dziecko, zbyt wcześnie zamężnym, mając ledwie szesnaście lat – wyciskały nam łzy, ale też dodawały otuchy. Co za odwaga, by iść dalej i walczyć (po amerykańsku) z samego dołu na sam szczyt! Jej drugie małżeństwo, po trwających dwa lata zalotach, które trzymały nas w napięciu, było z Joe DiMaggio. Wydawało się tak doskonałe, jak królewski związek zaaranżowany przez ambasadorów ze światów najpopularniejszych amerykańskich sportów i rozrywki. Poddani tego olśniewającego monarchium nie wiedzieli jeszcze, że królowa ma ambicje intelektualne. Na lata przed poznaniem DiMaggio zobaczyła Arthura Millera na hollywoodzkim przyjęciu i została oczarowana człowiekiem, który stworzył Willy’ego Lomana – ona również była komiwojażerem, a historia Willy’ego była jej własną. Później tego wieczoru powiedziała zdyszana Natashy Lytess, swojej trenerce i powiernicy: „Widzisz mój palec u nogi – ten palec? Cóż, on siedział i trzymał mój palec, a my prawie cały wieczór patrzyliśmy sobie w oczy.” Najwyraźniej zdjęła szklany pantofelek, a on zabrał go ze sobą, planując sprawdzić, czy będzie pasował później, gdy znudzi jej się męski świat sportu i remika DiMaggio, rozgrywający się na stadionach i w Toots Shor. Po tym spotkaniu z trzymaniem palca ona i Miller spotykali się od czasu do czasu i utrzymywali sporadyczną korespondencję. Powiedziała mu, że chce mieć bohatera do wielbienia, a on zasugerował Abrahama Lincolna, pisząc: „Carl Sandburg... napisał wspaniałą biografię. (Nieżyjący już John Berryman nazwał kiedyś tę książkę jedynym dziełem fikcji Sandburga.)
Od samego początku jej życie było historią z Południowej Kalifornii: Norma Jean Baker, urodzona poza związkiem małżeńskim, została ochrzczona w Kościele Ewangelii Czterech Kwadratów. Później, w jednym z domów zastępczych, zetknęła się z Chrześcijańską Nauką. Jak ujmuje to Mailer: „Jej umysł – mętny, dryfujący, gorączkowy, pełen niespójnych pragnień i nagłych przebłysków wizji – nie mógł nie zareagować na ideę, że »Boska Miłość zawsze zaspokajała i zawsze będzie zaspokajać każdą ludzką potrzebę«. Dawało to nadzieję na przyszły sukces mierzony nie umiejętnościami, ale potrzebą. Im bardziej potrzebowała, tym więcej dostawała – jeśli tylko mogła zaufać głosowi swojego instynktu, który był wyrazem Umysłu.”
Jako młoda żona swojego pierwszego męża, Jima Dougherty’ego, Marilyn była entuzjastyczną gospodynią domową. W jednej ze swoich najbardziej obrazowych metafor Mailer pisze: „...rzuca się w rolę kochającej żony i pracuje nad utrzymaniem nieskazitelnego mieszkania, tak jak Joseph Conrad musiał kiedyś rzucić się w naukę angielskiego.” Ale była okropną kucharką. Dougherty pamięta posiłki składające się wyłącznie z groszku i marchwi – kolory jej się podobały. Kiedy podczas wojny wypłynął w morze, ona przez krótki czas pracowała w fabryce zbrojeniowej, ale wkrótce rzuciła pracę, by rozpocząć swoją publiczną karierę, najpierw jako modelka do magazynów z „słodkimi zdjęciami” o nazwach „Laff”, „Peek”, „See”, „Salute”, „Sir”. Pracowała ciężko i pomimo wad w wyglądzie – jej blond włosy były prawie brązowe, nos nieco bulwiasty, a lekkie skrzywienie szpeciło usta – miała tak promienną skórę, a jej ponętne ruchy obiecywały tak wiele, że szybko się przyjęła i zawsze była poszukiwana. Kiedy wojna się skończyła, Marilyn opuściła Jima, zdobyła agenta, pofarbowała włosy na blado jak u anioła, zmieniła nazwisko, nos i szczękę oraz podpisała kontrakt z Twentieth Century-Fox. Ale jej wielki sukces zajął trochę czasu. Minęły trzy lata, zanim „Asfaltowa dżungla” pokazała, że jest aktorką, którą należy traktować poważnie, a sześć, zanim prawdziwa sława przyszła z „Mężczyźni wolą blondynki”. Boski Umysł nie spieszył się.
Choć była oddaną pracownicą, Marilyn Monroe frustrowała tych, z którymi pracowała: zawsze się spóźniała i nie mogła zapamiętać swoich kwestii. Dręczona niepewnością, cierpiała również na bezsenność i sięgała po alkohol i pigułki. Jej skóra stawała się matowa, przybierała na wadze, mdlała na planie, a zdjęcia musiały być kontynuowane bez niej, dopóki nie wyzdrowiała i nie wróciła – ale zawsze wracała.
Przez dziewięć miesięcy ich małżeństwa DiMaggio próbował odciągnąć Marilyn od filmów. Był prostym, konserwatywnym, kochającym mężczyzną, który chciał żony, porządnego domu i dzieci. Ale ona nie mogła – i nie chciała – słuchać. Jej ambicja do bycia gwiazdą była jej gwiazdą przewodnią i trzymała na niej wzrok bez mrugnięcia. Szkoda, mówili ludzie, że ona i DiMaggio nie mogli tego naprawić. Mimo to byli zaintrygowani, gdy przeprowadziła się z Hollywood do Nowego Jorku i zaczęła uczyć się u słynnych nauczycieli Metody, Lee i Pauli Strasbergów, spędzać czas z intelektualistami i czytać poważne książki. Trzeba było jej to oddać: była jedyna w swoim rodzaju, gdy głęboko zakochana w Arthuillerze Millerze porzuciła Mary Baker Eddy na rzecz judaizmu i nauczyła się robić rybę gefilte i rosół z kury. Gdy po ślubie poroniła, jej fani opłakiwali to. Mówi się, że miała tak wielu kochanków i prawdopodobnie tyle aborcji, że nie mogła mieć dzieci. Ciekawie jest zastanawiać się, jaką byłaby matką – czasami czułą, prawdopodobnie, z powodu własnych strat, a innym razem, z tego samego powodu, obojętną.
Uwaga panny Monroe nie była długa. Byli z Arthurem Millerem małżeństwem od trzech i pół roku, gdy jej słodkie oczy padły na... Yves’a Montanda, z którym nakręciła „Zróbmy miłość”. Jeśli w ogóle odpowiedział na jej wdzięki, to prawdopodobnie tylko w połowiczny sposób. Ale od tego momentu dom Millerów zaczął się rozpadać: była strasznie niegrzeczna wobec Arthura publicznie, brała więcej pigułek i popadała w samobójcze myśli. Zanim rozpoczęli zdjęcia do „The Misfits”, który napisał dla niej, było jasne, że ich związek osiągnął punkt krytyczny.
Scenariusz do „The Misfits” był cienki, sentymentalny i pozbawiony humoru. Ale obsada, wyreżyserowana przez Johna Hustona, była imponująca – obejmowała Clarka Gable’a, Montgomery’ego Clifta, Eliego Wallacha i Thelmę Ritter. Zdjęcia kręcono w Reno i okolicach latem, w temperaturach 100 stopni Fahrenheita lub wyższych. To zaskakujące, że śmierć Gable’a była jedyną bezpośrednio obwinianą o bezlitosny, pozbawiony cienia upał. W tym czasie Marilyn kazała wszystkim czekać godzinami, podczas gdy ona siedziała w klimatyzowanej przyczepie lub spacerowała po porośniętym grzechotnikami bylicy, w towarzystwie swojej wszechobecnej trenerki i przyzwoitki, Pauli Strasberg. Kiedy ich zobaczyłam, Strasberg miała na sobie zmodyfikowany brązowy szyfonowy podkapek i niosła torbę, która wyglądała tak dobrze wyposażona jak zestaw do opatrywania ran boksera. Zrobiło się gorzej, a praca w końcu ustała, gdy lekarz Marilyn przyjął ją do szpitala w Kalifornii. Cała produkcja została zawieszona na dwa tygodnie, podobnie jak pensje ekipy liczącej ponad sto osób.
Przez ostatnie dwa lata swojego życia Marilyn dryfowała bez celu między Nowym Jorkiem a Kalifornią. W szafach jej nowojorskiego mieszkania jej liczne suknie wieczorowe i futra wisiały na drucianych wieszakach – szczegół poddania się rozpaczy tak smutny i nędzny, jak każdy, o jakim kiedykolwiek słyszałam. Ale nie skończyła jeszcze ze swoimi próbami i błędami: miała romans z Frankiem Sinatrą i jednocześnie odnowiła związek z Joe DiMaggio. Za pośrednictwem Petera Lawforda i Sinatry poznała Kennedych, a na wielkim przyjęciu urodzinowym dla JFK w Madison Square Garden zaśpiewała „Happy Birthday” ku uciesze dwudziestu tysięcy gości.
Może Marilyn miała romans z Bobbym Kennedym. Może w noc swojej śmierci dzwoniła do jego brata, którego mogła lubić jeszcze bardziej. Może została celowo zabita, by zapobiec skandalowi w Białym Domu. Ale to teorie zbyt naciągane i zbyt niemoralne, by zastanawiać się nad nimi dłużej niż minutę czy dwie – z wyjątkiem Normana Mailera, jego naśladowców, jego chciwych wydawców i niewybrednych sędziów Klubu Książki Miesiąca. Umarła, jak się wydaje, tak, jak wyglądało, że umarła: kładąc kres swojej bezsenności, swoim lękom i swoim gorzkim, niewybaczalnym rozczarowaniom za pomocą kilkunastu pigułek za dużo i piątej części wódki za dużo.
Mimo całej swojej samouczonej, bezwzględnej, egocentrycznej twardości, Marilyn Monroe pozostała w głębi bezradnie bezbronna. Kruche zewnętrzne warstwy musiały się rozpaść, pozostawiając surową sierotę odsłoniętą – zbyt głodną miłości, by kiedykolwiek być nasyconą lub kiedykolwiek odwzajemnić. Miała i była amerykańskim snem. I umarła nago na swoim łóżku w szalonej Południowej Kalifornii.
Pan Mailer i jego wydawcy powinni otrzymać sto batów bydlęcym biczem, a następnie zostać umieszczeni w dybach za to makabryczne odgrzebywanie nędznej, pechowej istoty. Moja przyjaciółka Ann Honeycutt powiedziała mi przez telefon któregoś wieczoru: „Gdziekolwiek ta biedna kobieta jest, mam nadzieję, że nosi białą sukienkę z perkaliku i nauczyła się czytać „Ogródek wierszy dla dzieci”, i nikt nie próbuje wcisnąć jej Toma Paine’a.”
Często zadawane pytania
Oto lista często zadawanych pytań dotyczących recenzji biografii Marilyn Monroe autorstwa Normana Mailera napisanej przez Jean Stafford, w naturalnym, konwersacyjnym tonie.
Pytania dla początkujących
1. Czym jest „Z archiwów: Jean Stafford recenzuje przesadnie seksualną biografię Marilyn Monroe autorstwa Normana Mailera”?
To słynna, miażdżąca recenzja książki napisana w 1973 roku przez powieściopisarkę Jean Stafford. Rozniosła w pył książkę Mailera „Marilyn”, argumentując, że skupił się o wiele za bardzo na życiu seksualnym Monroe, a za mało na niej jako na prawdziwej osobie lub artystce.
2. Dlaczego wciąż mówi się o tej recenzji?
Ponieważ to doskonały przykład krytyka, który zwraca uwagę męskiemu autorowi na wykorzystywanie kobiecego tematu. To także mistrzowska lekcja ciętego, brutalnego pisania. Ludzie wciąż debatują, czy książka Mailera była sztuką, czy tylko sensacją.
3. Kim była Jean Stafford?
Była amerykańską autorką opowiadań i powieści, laureatką Nagrody Pulitzera. Znana była z ostrej, eleganckiej prozy i bezkompromisowego podejścia, które wniosła do recenzowania książek.
4. Co Stafford uważała za złe w książce Mailera?
Jej głównym zarzutem było to, że Mailer zamienił Monroe w symbol seksualny i studium przypadku psychologicznego, ignorując jej talent, ciężką pracę i inteligencję. Uważała, że wykorzystywał tragiczną historię Monroe, by samemu wyglądać na głębokiego myśliciela.
5. Czy ta recenzja jest łatwa w czytaniu?
Język Stafford jest wyrafinowany, ale jej główna myśl jest bardzo jasna. Nawet jeśli nie znasz wszystkich odniesień, od razu wyczujesz jej sarkastyczny, zły ton i sedno argumentu.
Pytania dla średniozaawansowanych
6. Co Stafford powiedziała o stylu pisania Mailera w biografii?
Słynnie nazwała go nadętym, pretensjonalnym i często bezsensownym. Wyśmiała jego psychoanalizowanie Monroe i stwierdziła, że pisze, jakby próbował być poetą, ale wyszło mu to po prostu śmiesznie.
7. Czy Stafford uważała Monroe za ofiarę, czy ją obwiniała?
Stafford nie obwiniała Monroe. Twierdziła, że to Mailer i inni męscy pisarze byli tymi, którzy ją wiktymizowali, sprowadzając ją do jej ciała i problemów z ojcem. Widziała Monroe jako inteligentną, zabawną kobietę uwięzioną w seksistowskiej kulturze Hollywood.
