Słyszę Doję Cat, zanim ją widzę. Stoję pod jarzeniówkami w piwnicy Qudos Bank Arena w Sydney, pod czujnym okiem ochroniarzy. Przez zamknięte drzwi dobiegają jej wokalne rozśpiewki: „O-o-o-o-o!”. Asystentka artystki wślizguje się do pomieszczenia, pokazuje mi kciuk w górę i prowadzi do garderoby wielkości kortu tenisowego, której ściany zakrywają czarne aksamitne kotary. Arpeggia trwają – „la-la-la-la-la-la-la!” – a kiedy oznajmiają moją obecność, gładki, giętki głos Doji przechodzi w wibrato rodem z musicalu: „Lubię gorących chłopaków!”.

Zza czarnej skóropodobnej kanapy w odległym rogu pokoju niczym peryskop wyłania się jaskrawa peruka à la Ziggy Stardust i Doja mnie obrzuca spojrzeniem. Drobna, atletyczna, przesuwa się na środek podłogi, pochyla, by w pozycji jogi chwycić się za palce u stóp, po czym podskakuje jak konik polny i siada na krześle przed lustrem. Zaciąga się lodowoniebieskim wapem i pozuje dramatycznie przed lustrem obramowanym żarówkami. Ja siadam na krześle obok i pytam – przy akompaniamencie playlisty, która właśnie przeskoczyła z zapomnianego utworu Heidi Montag na wspaniale obleśny kawałek brytyjskiej, obscenicznej raperki Ceechynaa – jak minął jej popołudnie. „Złapałam chlamydię, syfilis, rzeżączkę i opryszczkę” – mówi z kamienną twarzą, włączając nawilżacz, który wypuszcza teatralny obłok pary. Brzmi jak pracowity dzień? „O tak” – odpowiada. „Bardzo pracowity”.

Jest kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia, a Doja jest w Australii na piątym (i właśnie dodanym z powodu popytu szóstym) koncercie trasy promującej **Vie**, jej pełną zabawy, mieszającej gatunki piątą płytę, która ukazała się we wrześniu. Ten artystyczny miks R&B, popu i funku lat 80., z nawiązaniami do Prince’a, Janet Jackson, cock rocka i niemieckiej piosenkarki punkowej Niny Hagen, podkreśla talent Doji do bystrych (i czasem głupawych) tekstów, chwytliwych refrenów i umiejętności wygłaszania pełnych kalamburów zwrotek. **Vie** towarzyszy kolejna radykalna przemiana Doji, tym razem w kierunku wysokooktanowej mody lat 80. z archiwalnymi elementami Claude’a Montany, Yves Saint Laurent i innych. Na scenie nosi blond peruki-mulletki, mocne ramiona, animal printy i kaleidoskopowe, dymne cienie do powiek, które wyglądają jak żywcem wyjęte z ilustracji Antonia Lopeza.

Jej fryzjer Jared Henderson – żartobliwy specjalista od peruk znany jako @JStayReady – zdejmuje z jej głowy czepek i zaczyna masować skórę głowy. („Trzeba nawodnić tę melonową głowę” – mamrocze). Doja pochyla się w stronę nawilżacza; już coś ją bierze. „Nie wiem, czy to resztki czegoś, czy nowa infekcja. Ale to było bardzo…” – przerywa, szukając odpowiedniego słowa. – „Denerwujące-kropka-com”.

Godziny później Doja da dwugodzinny koncert przed 15-tysięczną publicznością, ledwie zatrzymując się na łyk wody. Kiedy wspina się po schodach, by wyśpiewać „Cards”, inspirowany brzmieniem Minneapolis utwór otwierający **Vie**, arena wybucha. Potem idą hity: „Kiss Me More”, „Woman”, „Paint the Town Red” – wszystkie pomogły jej zostać trzecią najlepiej sprzedającą się raperką wszech czasów, po Nicki Minaj i Cardi B. (19 nominacji Doji do Grammy przewyższa obie).

Rozglądając się, zauważam, że fani Doji są ubrani w puszyste kocie uszy, kolorowe peruki i krowie uszy – te ostatnie to nawiązanie do jej przełomowego hitu z 2018 roku „Mooo!”. Dziewczyny mają obcisłe spódniczki w leopardzie, chłopcy – neonowe topy, wszyscy są w pełnym makijażu. Na wyższych poziomach areny dostrzegam dwie kobiety z pokolenia Z w hidżabach, które entuzjastycznie śpiewają „Tia Tamera” z jej debiutanckiego albumu, utwór porównujący bliźniaczki z **Sister, Sister** do często eksponowanej części anatomii Doji.

Zadaniem artysty pop jest zapewnić tłumowi czas życia, nawet jeśli samemu nie bawi się najlepiej. Komenda Doji w tej dziedzinie jest zdumiewająca. „Adrenalina pomaga” – mówi mi, jej niepozorna, półtorametrowa sylwetka zgarbiona na krześle przed lustrem. – „A jeśli coś się dzieje, można wziąć steryd. Oczywiście nie są zdrowe. Czujesz się po nich jak Hulk. Wczoraj przetrzymałam bez nich i dlatego dziś czuję się tak chujowo”.

Doja wyciąga z zębów pasemko neonozielonej peruki, którą Henderson przycinał. Czy uważa to, co robi teraz – i długą serię nadchodzących koncertów, które zaprowadzą ją aż do końca 2026 roku – za koncert popowy? „Nie jestem już pewna, czym dokładnie jest koncert popowy” – odpowiada, uprzejmie przywołując asystentkę z prośbą o kieliszek whisky Blue Label. – „Wypiję jeden przed koncertem, jeśli będę się dobrze czuć… to jest cel” – wyjaśnia. – „Dobre samopoczucie i pozytywne myśli”.

Więc czy to jej definicja świetnego koncertu popowego? Przetrwanie mimo przeciwności? „Nie” – mówi stanowczo. – „Myślę, że z popem możesz zrobić wszystko”.

Kilka tygodni później rozmawiam z jedną z przyjaciółek i częstych współpracowniczek Doji, artystką SZA. „Wszystko robi na tak wysokim poziomie” – mówi SZA o Doji. – „Przeżywa emocje na wysokim poziomie. Występuje na wysokim poziomie. Jej precyzja, jej nieustraszoność, jej wolność… Precyzja i wolność zwykle nie idą w parze, ale u niej tak”.

Tę nieustraszoność można przynajmniej częściowo przypisać niekonwencjonalnemu wychowaniu Doji. Urodziła się jako Amala Dlamini (wszyscy bliscy nazywają ją Amala lub Ami). Jej rodzicami są południowoafrykański tancerz i aktor Dumisani Dlamini oraz Deborah Sawyer, nowojorczanka pracująca w grafice. Poznali się na początku lat 90., kiedy Dlamini występował na Broadwayu, ale po jego powrocie do RPA Sawyer wraz z Doją i jej bratem zamieszkali z jej rodzicami w hrabstwie Westchester. Kilka lat później, kiedy Doja miała sześć lat, znów się przeprowadzili – tym razem w góry Santa Monica, by dołączyć do aśramu prowadzonego przez muzyka jazzowego i przywódcę duchowego Alice Coltrane, gdzie Doja dorastała, śpiewając hinduskie pieśni religijne i wykonując tradycyjny indyjski taniec. Wystarczy powiedzieć, że życie w aśramie – surowe zasady, cotygodniowe medytacje, skromne ubrania – nie było łatwe dla nastoletniej Doji. Jej frustracje w końcu skłoniły Sawyer do zabrania rodziny do bardziej zamożnej kalifornijskiej dzielnicy Oak Park, gdzie Doja rzuciła szkołę w wieku 16 lat, zamykając się w sypialni, paląc trawkę i przeszukując czaty online, podczas gdy nieśmiało rapowała do beatów znalezionych na YouTube i SoundCloud. „Byłam agorafobiczką, totalnie” – wspomina. – „Nie mogłam wyjść z domu”.

Śledzenie wzlotu Doji Cat to w pewnym sensie śledzenie pogmatwanych i często kontrowersyjnych relacji między przemysłem muzycznym a internetem. W 2012 roku, w głębi jej pustelniczej fazy, Doja wrzuciła „So High”, R&B-owy utwór o paleniu zioła, który podpalił blogi i doprowadził do kontraktu z wytwórnią Kemosabe Records Dr. Luke’a. (Współpraca Doji z tą wytwórnią nadal trwa, ale od 2021 roku nie pracowała z Dr. Lukiem – którego piosenkarka Kesha pozwała w 2014 roku za napaść seksualną, pobicie i znęcanie się emocjonalne). Pierwszy album Doji, **Amala** z 2018 roku, który później uznała za pospieszny z powodu presji wytwórni, ukazał się bez większego rozgłosu, więc dopiero kiedy kilka miesięcy później sama wypuściła viralowe „Mooo!” – z towarzyszącym teledyskiem, w którym ma na sobie krowi top z frytkami w nosie – zaczęła budować internetową publiczność. Drugi album, **Hot Pink**, ukazał się w 2019 roku, z singlem „Say So”, który stał się największym hitem Doji – w dużej mierze dzięki TikTokowi, gdzie viralowe wyzwanie taneczne sprawiło, że stał się globalnym fenomenem.

Nie było miernika tego, jak szybko rosła jej publiczność. „To było tak cholernie dziwne” – mówi teraz. – „Dostawałam oferty występów w talk-showach. Dostawałam oferty rzeczy, które oglądałam jako dziecko”. Ale po raz pierwszy w życiu miała autonomię i w końcu miała własny dom w Los Angeles. „Miałam pieniądze” – mówi. – „Fajnie było mieć pieniądze. Fajnie było móc mieć mieszkanie. To było dla mnie naprawdę wyzwalające”.

Mimo to Doja ledwie dała sobie czas, by się tym cieszyć. W 2021 roku wydała **Planet Her**, który zdobył osiem nominacji do Grammy i stał się jednym z najlepiej sprzedających się albumów roku. Wtedy zaczęła czuć się niespokojna i zirytowana tym, że ludzie, jak sądziła, kwestionują jej talent raperski. W akcie buntu ogoliła włosy i brwi, wytatuowała sobie na plecach duży szkielet nietoperza i wydała **Scarlet** w 2023 roku. Album zawierał singiel „Attention”, zajadły utwór hip-hopowy, który wytyka palcem każdego, kto mógł ją nie docenić. Czy ten celowo odważny dźwięk był czymś, co musiała wyrazić? „Myślę, że tak” – mówi.

Ta faza nastąpiła po kolejnym resecie. Po raz pierwszy w swojej szybkiej karierze Doja zrobiła sobie przerwę i wycofała się na przedmieścia LA. Cieszyła się, jak to ujęła, „byciem pustelniczką” – piciem wina, graniem w Fortnite i przeglądaniem internetu w poszukiwaniu inspiracji. Teraz postrzega te ciche okresy jako sposób na zadbanie o siebie. „Pobudzanie mojej kreatywnej kości” – tak to opisuje. – „Kiedy jestem w domu, jestem po prostu w domu z moim kotem” – mówi, opisując swoją przestrzeń jako „dużo czerni, dużo gotyckich rzeczy, dużo żelaza, trochę brutalistyczną, trochę industrialną, trochę postmodernistyczną włoską”.

„Ona jest właściwie bardzo samotną gwiazdą” – zauważa SZA. – „Myślę, że z wyboru osłania pewne aspekty siebie. A kiedy zdecyduje się je odsłonić, myślę, że to będzie dar”. Ta cecha zawsze w niej była, mówi mi jej mama przez telefon. „Po prostu była tak kreatywna – cokolwiek wzięła w swoje ręce, opanowywała to” – wspomina Sawyer rekluzyjne nastoletnie lata Doji, kiedy jej córka odkryła pisanie piosenek i produkcję muzyczną ze swojej sypialni. – „Nauczyła się tego wszystkiego od zera. Była w pokoju, drzwi zamknięte, ciągle tworzyła”.

Chyba nie dziwi, że Doja czuje się najbardziej komfortowo w ścisłym gronie. Należą do niego jej menedżerowie Gordan Dillard i Josh Kaplan, a także jej żartobliwy, w diamentowych kolczykach dyrektor kreatywny od 2019 roku, Brett Alan Nelson („Moja najlepsza przyjaciółka i siostra” – mówi Nelson. – „Skoczyłabym dla niej pod samochód”) oraz kilkoro innych z jej ekipy beauty. Kiedy pytam Doję, z kim spędza czas w domu, uśmiecha się z poczuciem winy i wskazuje na Hendersona. „Moje ulubione dni to te, kiedy mówiłeś: »Przyjdź. Chcę się przebrać«”. Henderson śmieje się, przeglądając torbę pełną pasemek: „Jesteś jedyną osobą, dla której jadę całą 101-tką”.

„Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że mam taką ekipę, i że mam ludzi, którzy mnie rozumieją, a także rozumieją samych siebie” – mówi Doja. Następnego dnia grupa jedzie do zoo Taronga w Sydney, żeby zobaczyć koale. „Nie mówimy wszyscy tak samo. Ubieramy się zupełnie inaczej, ale tak głęboko się kochamy. Myślę, że to dlatego, że doceniamy te różnice” – mówi, po czym zabiera pędzel do makijażu od swojego podróżującego guru beauty, Ivana Núñeza, i zaczyna nakładać własne cienie.

Plan na ten dzień zakładał, że dołączę do Doji na porannym treningu w jej hotelu. Uznając, że jest zbyt chora, by ćwiczyć, sugeruje, żebyśmy zamiast tego poszli na zakupy – do Mecci, jej ulubionego australijskiego sklepu z kosmetykami. „Sephora na sterydach” – mówi mi, wychodząc z hotelu w palące australijskie letnie słońce. Ma na sobie skórzaną kurtkę, plisowaną spódniczkę, opaskę tancerki spinającą kręconą czarną perukę i torbę The Row przewieszoną przez ramię. Doja wpycha mnie do samochodu, wesoło mówiąc, że „możemy być niegrzecznymi dziećmi”.

W autobusie w drodze na miejsce poczęstowała mnie pastylką na gardło i natychmiast zaczęła opowiadać o swoim koszmarze sennym, w którym połknęła robaka. Ale gdy tylko dotarliśmy do sklepu, nastrój się zmienił. Doja wesoło dorzucała do koszyka mgiełki do twarzy Mario Badescu, kiedy zauważyła, że ktoś z daleka ją fotografuje, i wyraźnie się spięła. Jej ochrona szybko poprowadziła nas na cichsze pi