Harrison Ford zmierza w moją stronę w garniturze Cerruti za 3000 dolarów, przez zatłoczone studio dźwiękowe w Los Angeles. Jego chód jest szybki i zdecydowany, oczy błyszczą. Jest poplamiony krwią, włosy ma zlepione potem i brudem, zadrapanie na kości policzkowej i rozcięcie nad brwią. Nie jest dziś rano jedyny pokryty posoką – w tle widać statystów w kamizelkach kuloodpornych i garniturach, również poplamionych krwią, oraz pilota, który spokojnie je pączka, mimo że brakuje mu połowy klatki piersiowej. Całość – w połowie niedawny zamęt, w połowie garnitur od projektanta, w połowie doświadczona pewność siebie gwiazdy z gażą 20 milionów dolarów – jest niewątpliwie ekscytująca.
Nosi ten garnitur z naturalną gracją, szczupły i wysportowany, a przy wzroście blisko sześciu stóp ma wysokość, jaką powinien mieć bohater. Jego twarz odzwierciedla mieszankę szczerości, upartej determinacji i opanowanej niecierpliwości – częściowo to postać, którą właśnie grał, częściowo, jak sądzę, reakcja na widok dziennikarki „Vogue’a” dreptającej po planie w niepraktycznych szpilkach. Bohaterowie, zwłaszcza ci niechętni, zwykle nie lubią głębokiej introspekcji na życzenie dziennikarza. To ludzie czynu: skromni, ostrożni, oszczędni w słowach. Ford rzadko udziela wywiadów, a w sklepach znalazłam tylko jedną pełną czci biografię filmową. Ale człowiek musi robić to, co musi, a teraz oznacza to promocję.
Wciąż w ruchu, ściska mi dłoń, obraca mnie w stronę wyjścia, zanim złapię oddech, i wprowadza do białego wózka golfowego. Natychmiast cofa, a potem jedną ręką skręca za róg. Carrie Fisher powiedziała kiedyś, że wygląda, jakby nosił przy sobie broń, nawet gdy jej nie ma. Nie ma – choć w rękawie ma ślady po kulach – ale trzyma schludnego PowerBooka, którego mi podaje. Trzymam się mocno, gdy pędzimy wąskimi alejkami studia, niemal ocierając się o wóz rekwizytowy. Głosem jak fale ciągnące się po żwirze mówi: „Jedziemy do mojego trailera”. Nie patrząc na mnie, dodaje: „W porządku?”.
Nie znam kobiety, która miałaby coś przeciwko trzymaniu się rozpędzonego wózka golfowego, prowadzonego przez Harrisona Forda w zakrwawionym garniturze za 3000 dolarów. Poszłabyś za nim wszędzie – do Świątyni Zagłady, na rozpadający się samolot. Otwieram usta, żeby to powiedzieć, ale wydobywa się z nich tylko cichutki pisk, gdy grupa techników w kaskach odskakuje na bok. Ford wsuwa wózek w półtorametrową szczelinę obok swojego trailera i nagle wyskakuje z niego Hiszpan, wymachując grubym kijem i krzycząc: „Dla pana, panie prezydencie!”. Czuję, jak zbiera mi się na kolejny cichy wdech – w końcu to Los Angeles – ale Ford pozostaje spokojny, czujny, gotowy na wszystko. Grube kije, zdenerwowane kobiety – cokolwiek. Bierze kij, wącha go, obraca między palcami i mówi: „Dobre cygaro. Dzięki. Zapalę je później”. Bum – struny mojego serca.
I tak cały dzień. Powtarzamy ten pościg wózkiem golfowym w kółko, pędząc z planu do jego trailera i z powrotem. Czasami podaje mi do potrzymania swojego PowerBooka, czasami swoją zupę kukurydzianą lub coś innego, co można rozlać. Kręcenie filmu to największe szaleństwo… Praca jest powtarzalna: intensywne 28-sekundowe fragmenty akcji, a potem godziny przestoju spędzone na ziewaniu i przeglądaniu zeszłotygodniowego „Variety”. Nosie dwukierunkowe radio, które nagle ożywa: „COWBOY!” – woła kobiecy głos. „COWBOY!”. Harrison Ford podnosi je i warczy w odpowiedzi: „Cowboy!”. Ona mówi: „Pięciominutowe ostrzeżenie!”. On odpowiada: „Idę” i ponagla mnie, żebym wsiadła z powrotem do wózka golfowego na wyścig na plan. (Nie śmiejcie się – to było takie fajne!).
Harrison Ford jest Gwiazdą Stulecia, jedynym aktorem, który zagrał w więcej niż jednym z dziesięciu największych kasowych hitów wszech czasów. Jego role Hana Solo i Indiany Jonesa uczyniły go Garym Cooperem, Jimmym Stewartem i Johnem Wayne naszego pokolenia, z odrobiną Bogarta. Uwielbiałam też jego role w stylu Cary’ego Granta w „Świadku” i „Dziewczynie z sąsiedztwa”. Ostatnio miał cichszy okres – nikt z moich znajomych naprawdę nie lubił „Dotknięcia Henry’ego” ani „Sabriny” – ale rok 1997 zapowiada się na powrót. „Gwiezdne wojny” wracają. Na całym świecie całe pokolenie dziewcząt zakochało się w Hanie Solo, choć wiedziały, że gdyby kiedykolwiek mogły mu powiedzieć „Kocham cię”, on po prostu by odpowiedział: „Wiem”. Te fanki są teraz o dwadzieścia lat starsze i tłumnie ciągną do kin, by przeżywać „Gwiezdne wojny” na nowo, z drogimi cyfrowymi ulepszeniami i trwałą magią.
W tym roku pojawia się też „Irlandczyk”, którego kręcenie zajęło Fordowi i Bradowi Pittowi bardzo dużo czasu, a reżyserowi Alanowi J. Pakuli jeszcze więcej na montaż (premiera pod koniec miesiąca). A „Air Force One”, na którego planie jestem, ma pojawić się latem. Ford mówi, że lubi przeplatać role „turlania się w błocie” z „zadaniami w garniturze i krawacie”. Chociaż dla niego turlanie się w błocie przychodzi łatwo nawet w garniturze i krawacie – nawet teraz, gdy ma ponad pięćdziesiąt lat.
Zapytałam, czy nadal wykonuje własne kaskaderki, a on się ożywił. „Nigdy nie robię kaskaderki” – mówi tym głębokim basem. „Kaskaderzy robią kaskaderki. Ja robię aktorstwo. Trudne, fizyczne aktorstwo, posunięte tak daleko, jak to możliwe, zanim stanie się kaskaderką. Nie robię własnych kaskaderki. Robię własne aktorstwo. I układam własne włosy”.
Jego trailer pachnie odświeżaczem powietrza, jak tania taksówka. Spędza nasz czas, mówiąc mi rzeczy, które już wiem – jak wybiera scenariusze („historia”) i jak podchodzi do swoich ról („Pomóc opowiedzieć historię”). Nie rozwija tematu. Nie plotkuje. Nie wyjaśnia, dlaczego „Irlandczyk” – z młodym Bradem Pittem jako uciekającym bojownikiem IRA i Fordem jako nowojorskim irlandzkim policjantem, który się z nim zaprzyjaźnia – był tak trudny do nakręcenia. Filmy o IRA nie wpasowują się łatwo w prostą formułę „dobrzy wygrywają, źli przegrywają”. Ich moralne podstawy są śliskie: gdy padają ciała, to heroizm czy terroryzm? Krążyły plotki o przeróbkach scenariusza, odejściach z planu, nadwyrężonych ego i histeriach na planie. (Ludzie z „Air Force One” ciągle pytali: „Zbierasz wszystkie brudy na temat »Irlandczyka«?”. Ja: „Nie. Jakie brudy?”. W odpowiedzi wesoły hollywoodzki śmiech: „Ha! Tego ode mnie nie usłyszysz!”).
Nie usłyszałam tego też od Forda. Powolnym, grzmiącym, chropowatym głosem powiedział, że bardzo go interesowała praca z Bradem Pittem, że uważał, iż ich połączenie będzie dynamiczne, i że historia go zaintrygowała. „Ale pomyślałem, że jeśli miałbym zagrać tę rolę, musiałaby przejść pewną transformację”. Dodaje: „Mieliśmy, hm, pewne opóźnienia w dopracowaniu scenariusza. Zostały rozwiązane. W trakcie”. Potem, nieco enigmatycznie: „Większość filmów kręci się 50 dni. Pięćdziesiąt dni roboczych. Ten film, który tu robimy, zajmie 40. »Irlandczyk« zajął ponad sto… dni”.
Czyli to był męczący proces? Krzywy uśmiech. „To twoje słowa”.
A więc Brad Pitt to złoczyńca czy dobry facet? Dzikawy grymas. „Myślę, że najlepiej zapytać o to Brada”.
Po chwili milczenia, podczas której rozważam różnicę między aktorem a rolą, doprecyzowuję: „Chodzi mi o film”. Harrison Ford wybucha – Śmieje się, szczerym śmiechem, a jego oczy błyszczą. Ale potem płynnie – i obszernie – wraca do jedynego tematu, który jest gotów omówić: postać, motywację i historię.
Historia „Air Force One” wydaje się skrojona na miarę Harrisona Forda, z jasną i prostą przesłanką. Opowiada o porwaniu samolotu prezydenta przez grupę kazachskich terrorystów. Większość akcji rozgrywa się wewnątrz statku powietrznego, który odtworzono wzdłuż jednej strony ogromnego studia dźwiękowego. Wchodzi się po metalowych schodach. Z jednej strony jest salon pasażerski; z drugiej dolny pokład, gdzie przestrzeń jest ciasna – zwłaszcza teraz, gdy wszyscy ocalali zakładnicy są stłoczeni w nosie samolotu. „Przez pierwszy tydzień mogliśmy przechadzać się po salonie, który jest dość przestronny” – mówi Wendy Crewson, która gra Pierwszą Damę. „Ale nos ma tylko taką szerokość. A ja mam na sobie sweter z kaszmiru! Pod tymi światłami!”. „Cóż, przynajmniej to prawdziwy kaszmir” – zauważa konsultantka dialogowa. „Tak. Wiesz, że jesteś w dobrym filmie, gdy kostiumy są z kaszmiru”.
Reżyserem jest Wolfgang Petersen, który lubi dużą akcję – wcześniej wyreżyserował „Śmiertelne niebezpieczeństwo”. Wydaje się też pociągać go ciasna, klaustrofobiczna scenografia z grodzącymi ścianami. „Wolfgang nakręcił »Okręt«” – ktoś zauważa. „To jest »Samolot«”.
Petersen jest niezmiernie jowialnym człowiekiem, dzielącym się ciężkim niemieckim humorem w duecie ze swoim operatorem, Michaelem Ballhausem. Kiedy Harrison Ford mnie przedstawia, Petersen mówi: „Napisz w swoim artykule, że ten film jest genialnie wyreżyserowany. Zapomnij o grze aktorskiej! Reżyseria jest fantastycznie dobra – tylko to musisz napisać”. Ballhaus wtóruje: „Ja, zapomnij o »egktiń«”. Harrison Ford, który podobno zarobił 20 milionów dolarów za swoje „egktiń” w „Irlandczyku” i podobną sumę za ten film, uśmiecha się.
Petersen oglądał właśnie ujęcie Forda na małym czarno-białym monitorze wideo – daleki plan, jak przemyka wzdłuż grodzi, przekazany bezpośrednio z kamery na planie. „Teraz będziemy kręcić zbliżenie” – ogłasza Petersen – „a to oznacza bardzo dobrą grę aktorską. Harrison!”. Ford patrzy na niego uważnie. „Słyszysz mnie, hm? Bardzo dobra gra aktorska, ten kawałek”. Harrison Ford odpowiada: „Cóż, dołożę wszelkich starań” i obaj stukają po metalowym pomoście, by wcisnąć się na dolny pokład.
Oglądam monitor z Michaelem Ballhausem. Na ekranie, w czerni i bieli, pojawia się Harrison Ford – plecami do ściany, czujny, bohaterski, z nerwami grającymi. Mruczy do siebie niskim warczeniem: „Muszę posadzić samolot…”. Jego oczy błyszczą.
Jego oczy błyszczą, ponieważ w każdą z nich wymierzona jest specjalna mała lampa, ustawiona specjalnie w tym celu na polecenie Michaela Ballhausa. Częścią pracy Forda jest trafiać w tę lampę raz za razem, jednocześnie skanując pomieszczenie w poszukiwaniu pułapek, martwiąc się o Pierwszą Damę, utrzymując równowagę w trzęsącym się samolocie i mrucząc: „Muszę posadzić samolot…”. Raz za razem jego oczy błyszczą w odpowiednim momencie, nawet gdy skraca scenę z 28 sekund do 24, potem do 18. „Ach! To jest »egktiń«!” – krzyczy Ballhaus, wskazując na błyszczące oczy i klepiąc się po udzie. „Widzisz ten błysk? Za każdym razem trafia”.
Właśnie wtedy salon pasażerski wypełnia się kolejnymi ludźmi. Wśród nich jest drobny młody mężczyzna z bródką, wyglądający ostro w fantazyjnej kamizelce i spodniach bojowych. Mówi płaskim londyńskim akcentem i wita się z ludźmi przyjacielskim klepnięciem dłoni. Po około pięciu minutach zdaję sobie sprawę, że to Gary Oldman, drugoplanowy aktor – a jego fantazyjna kamizelka to tak naprawdę kamizelka kuloodporna. Jako Anglik w obsadzie, Oldman naturalnie gra złoczyńcę, Korshunova, mimo że postać jest z Kazachstanu. Ma dwóch konsultantów językowych: jednego do rosyjskiego i jednego do mocno akcentowanego angielskiego. Oba wykonuje z wielkim rozmachem, w pewnym momencie wydając też całkiem makabryczny śmiech. „Skąd ten śmiech?” – ktoś pyta. Gary Oldman zastanawia się nad odpowiedzią. „To mój śmiech” – wyjaśnia, po czym poprawia się: „Właściwie to śmiech Korshunova. To śmiech, którego zawsze używam”. Do tego czasu całe pomieszczenie słucha, twarze starannie bez wyrazu. Z zuchwałym przytupem dodaje: „Sprawdził się w »Draculi«”, co wywołuje chichot. Oldman jest młodszą gwiazdą, choć nie tak młodą jak Brad Pitt, i bacznie obserwuję, czy nie ma oznak napięcia lub starć ego między nim a Harrisonem Fordem – nie wspominając o ewentualnych napadach histerii.
Następuje szczególnie intensywna scena. Towarzyszą jej nie tylko podekscytowane okrzyki „Akcja… Akcja!… Kamera!”, ale także gło
