„Liz” autorstwa Georginy Howell po raz pierwszy ukazał się w czerwcowym numerze „Vogue” z 1991 roku. Aby zobaczyć więcej perełek z archiwum „Vogue”, zapisz się do naszego newslettera Nostalgia.
Elizabeth Taylor udzieli wywiadu, ale nie będzie rozmawiać o skandalach. Jej życie prywatne jest surowo zakazane. Kiedy więc pytam, czy mogę zobaczyć jej sypialnię i ubrania, te obrzeżone tuszem oczy w koloru fioletowych księżycowych kamieni zwracają się ku mnie, jakbym była pająkiem, który wpełzł na jej poduszkę.
Jednak jej mały, żywy głos nie zdradza wrogości. „Och-o”, mówi z tym słynnym małym łapaniem powietrza, „nie chcesz tego robić! Właściwie to jest moje piętro i nikogo tam nie wpuszczam”.
Przez chwilę mnie studiuje i dodaje życzliwie: „Właśnie tam skończyłam urządzać gabinet. Jest naprawdę fajny i strasznie słodki. Chciałabyś to zobaczyć?”.
Wstaje z królewską postawą, która przeczy jej wzrostowi pięciu stóp i sześciu cali, i drobnymi kroczkami na wysokich obcasach przemierza przyjemną, wyłożoną płytkami i cegłą przestrzeń swojego dwumilionowego domu, który wygodnie rozpościera się na dziesięciu tysiącach stóp kwadratowych w Bel Air. Jej nastroszone, ostre czarne włosy dumnie unoszą się nad kołnierzykiem Hamleta kremowej jedwabnej koszuli. Okrągłe biodra podkreśla pasek na obcisłych czarnych dżinsach. Bransoletki dzwonią, kolczyki mrugają, mosiężne rzeczy pobrzękują, a za nią ciągną się obłoki zapachu. Cała jej obecność jest śmiesznie, ujmująco kobieca. Mijamy stolik ze zdjęciami, na których widać ją z królową Anglii, prezydentem Fordem, marszałkiem Tito, Richardem Burtonem i Noëlem Cowardem.
Otwiera drzwi z triumfalnym gestem i… „Ups!” – wykrzykuje niskim, ironicznym głosem.
Zatrzymuję się w drzwiach małej biblioteki, migoczącej światłem telewizora, i podążam za jej spojrzeniem. Złota głowa z puszystą trwałą spoczywa na jednym ramieniu sofy, duże bose stopy na drugim. Ciężkie szczęki pracują nad czymś chrupiącym.
Wzrusza lekko ramionami i chichocze. „Cóż, oto Larry”.
Następuje pauza.
„Larry. Larry! To jest Georgina”.
Blond głowa unosi się o półtora cala nad poduszką, obraca o czterdzieści pięć stopni, wypowiada „Cześć!” i opada z powrotem jak kamień. Duża prawa ręka Larry’ego Fortensky’ego, czterdziestoletniego byłego kierowcy ciężarówki, którego poznała w ośrodku Betty Ford kilka lat temu, zanurza się w torebce i niesie coś do ust.
Wycofujemy się, szepcząc z szacunkiem, i idziemy obok Fransa Halsa, Monetów, Rouaulta i Van Gogha – którego Burtonowie kupili dla swojego jachtu i który nie osiągnął ceny rezerwowej na aukcji w Christie’s w grudniu – a przez cały czas Elizabeth Taylor się śmieje. Rozbawienie maluje się na jej twarzy. Uśmiecha się jak ktoś przyłapany na jedzeniu czekoladek bez dzielenia się pudełkiem. W tych dniach dobry humor powrócił. Otyłość, alkoholizm i uzależnienie od Percodanu zostały spakowane i pozostawione za sobą. Życie jest, odpukać, w porządku.
Rok przed sześćdziesiątką jest Heleną Trojańską naszych czasów, ocalałą jak jej pradziadkowie, którzy przemierzyli Amerykę w krytym wozie, lub jak jej zafascynowana kinem matka Sara, która ma teraz dziewięćdziesiąt pięć lat i mieszka w Palm Springs. Elizabeth Taylor dopiero co przestała wychodzić za mąż za mężczyzn, których kocha, mówiąc: „W moim wieku nie musisz się już porządkować”.
Zawsze była tego rodzaju pełnokrwistą kochanką i życiową entuzjastką, która mogła powiedzieć o swoim wybuchowym małżeństwie z Mikiem Toddem: „Mieliśmy więcej zabawy podczas kłótni niż większość ludzi podczas uprawiania miłości”. Czy mężczyźni wciąż boją się wkraczać w jej strefę nieodpartej, ziemsko-matczynej seksualności? Czy boją się zbliżyć?
Jej oczy się rozszerzają. „Słyszę, że tak, i” – lśniące różowe usta wydają mały westchnienie – „to mnie z-dzi-wia. To prawda. Wobec każdej sławnej kobiety mężczyźni mogą czuć się onieśmieleni”.
Zaciska dwie małe pięści i przyciąga je do piersi.
„Dojrzałam, dorosłam, przeszłam przez różne fazy, ale się nie zmieniłam. Zawsze byłam tym, co nazywają wyzwoloną kobietą. Dla mnie to po prostu bycie sobą. Zawsze miałam swoje równe prawa”.
Chichocze.
„Nie chciałam być zdominowana, ale też nigdy nie chciałam nosić bokserek. Lubię być kobieca. Nie sądzę, że musisz…” „Lubię staniki, jeśli są ładne, i uwielbiam koronkową bieliznę!” – mówi miękkim głosem, który przechodzi w ciepły, zmęczony śmiech, jaki słychać pod koniec wspaniałej, późnonocnej imprezy.
Była zamężna siedem razy z sześcioma mężami, z których czterech zmarło młodo. Ma czworo dzieci – jedno adoptowane – i pięcioro wnucząt. Jako najbardziej pożądany gość Hollywood, jej podjazd jest stale wypełniony samochodami przyjaciół i jej świty.
„»Kobieca kobieta?«” – mówi z uśmiechem jej stara przyjaciółka Sheran Cazalet Hornby. „Oczywiście. I kobieta dla kobiet, dla dzieci, dla koni, papug, kóz, psów i kotów. Przede wszystkim jest kimś, kto chce zostać w domu z rodziną i jeść kiełbaski z puree”.
Jakby na potwierdzenie tego, blady kot czyści się na stole między nami, a jeśli się przysłuchać, można usłyszeć ciche gdakanie, beczenie, szczekanie i ujadanie dochodzące z całego domu.
„Kiedy byłam dzieckiem, próbowałam zaprzyjaźnić się z rówieśnikami i desperacko miałam nadzieję, że przyjaciele mojego brata zaproszą mnie na randkę. Ale nie – nie zaprosili. Za każdym razem, gdy próbowałam się wpasować, wyróżniałam się jak pięść na oku. Byłam już sławna i wyglądałam na dużo starszą, niż byłam. W wieku piętnastu lat grałam osiemnastolatki i umawiałam się z mężczyznami po dwudziestce lub starszymi. Chociaż teraz to odwracam!” Wydaje głośny śmiech, jej głos opada za każdym razem o dwa tony. „Moi przyjaciele wciąż są w tym samym wieku”.
To kobieta, która nie pamięta czasów, kiedy nie była sławna. W wieku dwunastu lat zagrała główną rolę w **National Velvet** – swoim piątym filmie – i już zarabiała trzysta dolarów tygodniowo. W wieku osiemnastu lat, dzięki pierwszemu mężowi, Nicky’emu Hiltonowi, posiadała akcje, norki, kabriolet Cadillac i pierścionek wart pięćdziesiąt tysięcy dolarów. W wieku dwudziestu czterech lat, dzięki Mike’owi Toddowi, miała kino nazwane jej imieniem, prezent każdego dnia – duży w soboty, dzień, w którym się poznali – Rolls-Royce’a, trzydziestokaratowy diament o średnicy półtora cala oraz obrazy Degasa i Vuillarda. W wieku trzydziestu jeden lat, dzięki Richardowi Burtonowi i 20th Century Fox, zarabiała milion dolarów za film; posiadała diament Krupp („Trzydzieści trzy i jedna trzecia karata – nie zapomnij o tej jednej trzeciej”), diament Szahdżahana, perłę Peregrina podarowaną Marii Tudor w 1554 roku; domy w Meksyku i Gstaad; penthouse w londyńskim hotelu Dorchester oraz jacht.
„Richard był hojny” – szepcze. „Nie do przesady, ale do chwalebnego stopnia”.
To kobieta, która kazała dostarczać sobie jedzenie z innych kontynentów. Chili con carne z Chasen’s w Los Angeles podążało za nią do Rzymu; tradycyjne angielskie kiełbaski wieprzowe z Fortnum & Mason znalazły ją w Leningradzie. W noc przed podróżą dyrektor British Airways rozbijał namiot w jej salonie, aby upewnić się, że nie spóźni się na lot. Kiedy przeprowadzała się z Genewy do Paryża, jechała pociągiem z czwórką dzieci, dwiema nianiami, pięcioma psami, dwiema sekretarkami, papużką falistą, rysiem, żółwiem (którego trzeba było trzymać w wodzie) i stu czterdziestoma sztukami bagażu.
Na ślubie wspólnej przyjaciółki księżniczka Małgorzata zapytała, czy może przymierzyć diament Krupp.
„Powiedziała: »Jak bardzo wulgarne!«” – wspomina Elizabeth Taylor swoim słodkim głosem. „Ja powiedziałam: »Tak, wspaniałe, prawda?«”. Potem dodaje: „Nawiasem mówiąc, nie jestem wyjątkowa. Moje okoliczności były wyjątkowe”.
Obecnie jeździ po Los Angeles swoim Aston Martinem Lagondą za 153 000 dolarów i kieruje swoją siłą gwiazdy na zbieranie funduszy dla Amerykańskiej Fundacji Badań nad AIDS (AmFAR), gdzie pełni funkcję założycielskiego przewodniczącego krajowego. Ubrana w szmaragdy i czarną koronkę, pomogła zebrać milion dolarów w jeden wieczór tej zimy.
„Robię to w 100 procentach sercem i duszą, i godzinami pracy” – mówi. „Zawsze myślę o sposobach proszenia ludzi o pieniądze. Poczyniliśmy postępy, ale niektórzy wciąż zachowują się, jakby to się nie działo, jakby nie chcieli się z tym kojarzyć, ponieważ to jest” – jej usta wykrzywiają się, miękki głos nabiera nuty niedowierzania – „brudne czy coś, a ci ludzie…”.
Interesuje się nowym filmem, który wymagałby od niej postarzenia, co uważa za „całkiem zabawne”, ale poprosiła producentów o opóźnienie go o rok, aż wypełni swoje wymagające zobowiązania wobec AmFAR na 1991 rok.
Zawsze cicho czyniła dobro. Wielu wie, jak pomogła okaleczonemu dziecku, które widziała utykające na planie filmowym, organizując operację, która doprowadziła do pełnego wyzdrowienia. Wiedzą też, jak ona i Richard Burton adoptowali Marię, dziecko z niepełnosprawnością fizyczną, które wyrosło na kochaną, silną i atrakcyjną młodą kobietę. „Uwielbia cudotwórczą moc pieniądza” – mówi jej przyjaciółka Norma Heyman. „Czy powiedziała ci, co zrobiła właśnie kilka dni temu? O pacjencie z AIDS, który nie miał już długo żyć i chciał przyjęcie urodzinowe? Elizabeth nie tylko za nie zapłaciła – zorganizowała przyjęcie w swoim domu”.
Heyman zauważa również hojność Elizabeth wobec przyjaciół, wspominając bilety lotnicze wysyłane do bliskich przyjaciół, którzy byli chorzy lub przygnębieni, z odręczną notatką: „Dołącz do mnie – Elizabeth”. Wspomina szczególny bal charytatywny Taylor na rzecz AIDS w LA: „Kiedy mój towarzysz, Dominick Dunne, przyjechał, sukienka, którą chciałam założyć, nie wróciła z pralni. Zadzwoniłam do Elizabeth, która powiedziała: »Przyjdź. Pożycz sukienkę, naszyjnik, cokolwiek chcesz«. Pospieszyłam i przymierzałam wszystkie jej suknie. Strasznie na mnie wyglądały, ale w końcu znalazłam czarną sukienkę z obcisłym różowym topem i pobiegłam na kolację. Elizabeth podeszła do mojego stolika – za każdym razem, gdy wstawała, orkiestra przestawała grać i odgrywała fanfarę – i w chwili, gdy zobaczyła, co mam na sobie, pochyliła się wpół ze śmiechu. Była w konwulsjach! Kiedy mogła mówić, powiedziała: »Nosisz moją koszulę nocną!«”.
Jej perfumy, Passion, są jednymi z najlepszych zapachów w kraju. Wraz z Passion for Men – „do noszenia wszędzie tam, gdzie mężczyzna chce być dotknięty” – stworzyły firmę wartą już ponad sto milionów dolarów. W sierpniu zadebiutuje drugi zapach Elizabeth Taylor dla kobiet, White Diamonds. „Jeśli Passion był aksamitem, White Diamonds to niebieski dżins. Błyszczący i ładny. I możesz na to liczyć – w reklamach będę nosić diamenty”.
Zawsze rozumiała podwójną rolę gwiazdy, wygodnie zamieszkując swoje sceniczne i pozasceniczne osobowości. Kiedy Richard Burton, ostatnia wielka miłość jej życia, wygłaszał po obiedzie kazania, recytując Szekspira, mówiła: „Cóż, ja nic nie wiem o teatrze, ale” – zarzucając jedno ramię nad głową – „nie muszę. Jestem gwiazdą!”.
„Wiem, że jestem wulgarna” – powiedziała kiedyś przyjaciołom – „ale nie chcielibyście mnie mieć inną, prawda?”. Miała rację. Publiczność chciała ją większą niż życie, a ona doskonale wpasowała się w rolę fatalnej brunetki, grając Odile do blond Odette Grace Kelly i Monroe.
Sprawiła, że zapomnieliśmy, że była dziewczyną z wyższych sfer, która dorastała z weekendowym domem na angielskiej wsi, kucykiem, obrazami Augustusa Johna na ścianach i lekcjami tańca u Madame Vacani, gdzie chodziła też druga Elżbieta, królowa. Jako dowód na belce w jej biurze wiszą jej pierwsze białe satynowe pointy, tuż obok rękawic bokserskich podarowanych jej przez Sugar Raya Robinsona.
Jest znana z przechodzenia przez próby, ledwo odtwarzając ruchy, a następnie dostarczania potężnego występu, gdy kamery zaczynają kręcić. „Po prostu nie mogę włączyć swoich emocji, chyba że wiem, że publiczność jest tam” – mówi powoli i z bólem – „ponieważ to kosztuje… za