Nigdy nie ukrywałam, że wczesne macierzyństwo nie było dla mnie – napisałam nawet o tym książkę. Po roku ciężkiej depresji poporodowej, która sprawiła, że niemal nie mogłam nawiązać więzi z dzieckiem ani uwierzyć, że macierzyństwo może być przyjemne, powoli wydobywałam się z tego dzięki terapii, lekom i niewdzięcznej pracy nad sobą.
Nawet w najgorszych chwilach trzymałam się jednego: tego, jak myślałam o tym, co noszę. Kurczowo trzymałam się ubrań jako jednej z niewielu szans, by poczuć się jak dawna ja. W najtrudniejszym okresie wszywałam gumki w talii w spódnice Miu Miu, których nie mogłam już zapiąć, i wciskałam spuchnięte ciało w vintage’owe ubrania zbierane przez lata – nawet jeśli mój wciąż powiększony brzuch napinał starzejącą się tkaninę, prowokując obcych do pytania: „Kiedy termin?”. Odmawiałam poddania się, i tak oto skończyłam pijana na przyjęciu w sukni Chanel z pękniętym zamkiem, którego tył rozchylił się, odsłaniając moją bieliznę – nie w stylu celowego „nagości” à la Hailey Bieber, ale w stylu napisu „Tuesday” na tyłku spodni z czasów dzieciństwa w Indianie.
Po tym roku coś się zmieniło: zakochałam się w swoim synu. Czułam obowiązek kochania moich dzieci w sposób, który nauczy je kochać siebie. A egoistycznie chciałam, żeby macierzyństwo było dla mnie zabawne i satysfakcjonujące, skoro to praca na całe życie. Przyznanie się do tego wydawało się niemal tabu, ale to było ważne. Zaczęłam więc uczyć się, jak być matką w sposób autentyczny, szanując to, kim byłam, a nie tylko to, kim myślałam, że powinnam się stać.
Był czas, kiedy ubrania były czystą fantazją – eteryczną wersją tego, kim mogłabym się stać. Wypełniały magazyny z Nowego Jorku, a rozmowy o nich były sposobem na łączenie się z innymi kobietami, budując elektryzujące, pełne nadziei przyjaźnie. Ubrania niegdyś obiecywały możliwości. Zasługiwałam na coś więcej niż monotonia, nawet w tenisówkach.
Zaczęłam rozumieć, że aby nawiązywać relację z dziećmi w sposób, który będzie dobry dla nas wszystkich, musiałam zatroszczyć się o 11-letnią wersję siebie – o tego niezdarnego dzieciaka, który marzył o ubieraniu się jak profesjonalna baletnica, która była też cheerleaderką i, być może jednocześnie, popularną dziewczyną w łamiącym zasady mundurku z mini-spódniczką.
Ubieranie się stało się jednym z niewielu sposobów, w jaki mogłam trzymać się siebie. Dzieci są bezapelacyjnie sobą; jedną z wielkich lekcji rodzicielstwa jest to, że ja też powinnam taka być. Więc kupowałam vintage’owe bluzy dresowe, jakie nosili moi szkolni zauroczenia, wsuwałam we włosy kokardy jak te, które były dołączone do mojej lalki American Girl – Samanthy, i sięgałam po flanelowe koszule przypominające te, które nosili starsi uczniowie w latach 90. Łączyłam dziecięco-różowe, prześwitujące spódniczki z body ze sklepów z artykułami tanecznymi. Pozwoliłam włosom urosnąć długo i zaplatałam je jak niezdarna nastolatka, której kończyny jeszcze się nie wyrównały – i może nigdy nie wyrównają. Nosilam pastelowe ubrania Sanrio i pozwalałam sobie znów poczuć się jak ta młodsza dziewczynka, każdy strój nawiązywał do wspomnienia o tym, kim kiedyś byłam – do małej dziewczynki, którą musiałam pokochać, żeby stać się najbardziej kochającą, dorosłą wersją siebie.
Tradycyjna torba na pieluchy nie wchodziła w grę. „Gdybym już miała nosić 'torbę na pieluchy’, niech to będzie polakierowana, wiśniowo-czerwona, dzięki której czułabym się jak złowroga postać z kreskówki w drodze do szkoły” – mówi. Hartzel nosi Chanel; wybrane butiki Chanel.
Fotografował Oliver Hadlee Pearch. Vogue, wiosna 2026.
Oczywiście, życie stało się nieskończenie bardziej gorączkowe w chwili, gdy urodziłam dzieci. Czas przyspieszył. Byłam tak regularnie na nich wymiotowana, że zaczęło to wydawać się personalne. Pewnego razu, podczas lotu, mój syn jadł Cheetosy przy turbulencjach... Samolot wylądował bezpiecznie, ale byłam niemal bardziej wdzięczna, że nie miałam na sobie moich ulubionych balerinek Chanel, biorąc pod uwagę morze pomarańczowych wymiocin, które sprawiały, że buty chlupały, gdy schodziliśmy. Ciągłe schylanie się, by podnosić maluchy, zamieniło też moje ukochane mikro-mini w zagrożenie. Ale przy całym tym bałaganie, czy naprawdę musiałam ulec przerażającemu „mundurkowi” z identycznych dżinsów i swetrów? Czy na to tylko zasługiwałam ja – ta, która trzyma wszystko w kupie, pamięta o wizytach, obiadach i dniach nauczyciela?
Zamiast tego zaczęłam postrzegać ubrania jako wyposażenie do mojego życia, szanując to, kim zawsze byłam. Nie były już tylko fantazją czy zbroją, ale narzędziami. Jak pastelowo-różowe baleriny, które mogły gonić malucha przez plac zabaw, gdy pędził ku najniebezpieczniejszym schodom. Albo luźna marynarka Celine z głębokimi wewnętrznymi kieszeniami na przekąski i okazjonalną mini-deskorolkę.
Moja torba na pieluchy była usztywnioną torbą Marc Cross, wyglądającą jak malutka aktówka, zawsze zaopatrzoną w chusteczki, balsam do ust i zmiętą pieluchę na wypadek awarii. Jeśli już musiałam nosić taką, niech to będzie polakierowana, wiśniowo-czerwona torba, dzięki której czułam się jak złowroga postać z kreskówki w drodze do szkoły. Pasek był wystarczająco długi, by mieć obie ręce wolne – niezbędne, gdy taszczysz Hello Kitty, która, według strony Sanrio, waży „około trzech jabłek”. Zbiegiem okoliczności, to dokładna liczba przekąsek, które muszę mieć pod ręką, by zapobiec głodowej histerii w drodze na zajęcia. Moje torebki były odpowiednio dopasowane rozmiarem.
Zaczęłam też sprawiać sobie małe przyjemności razem z dziećmi. Wizyta w sklepie z zabawkami oznaczała złapanie błyszczącej spinki przy kasie; zamówienie online prezentu urodzinowego stało się okazją, by dodać olśniewający pojemnik na pomadkę, który mogłam nosić jako naszyjnik. To wielozadaniowość w mamowym uniwersum.
Czas wciąż pędził brutalnie. W niektóre poranki spieszyłam się, by zdążyć na zajęcia muzyczne „Mama i Ja” – śmiertelnie nudne zobowiązanie, które czułam się zmuszona utrzymywać, bo nie wiedziałam, jak sama nauczyć alfabetu. Nawet jeśli się spóźniałam, wciągałam inspirowane baletem ubrania do ćwiczeń z tiulową spódniczką i bluzą dresową, z włosami upiętymi w kok owinięty wstążką. Te ubrania zamieniały dzień z mozolnego obowiązku w choreografię. A to, przynajmniej, jest coś, na co zasługuje każda matka.
Często zadawane pytania
Często zadawane pytania Ubieranie się, by radzić sobie z depresją poporodową
Pytania dla początkujących
1 Co oznacza w tym kontekście „ubieranie się”?
Oznacza to celowe zakładanie ubrań, w których czujesz się dobrze, zadbana lub bardziej jak ty sama, nawet w zwykły dzień w domu. Nie chodzi o bycie elegancką, ale o podjęcie małej, przemyślanej decyzji dla własnego dobrego samopoczucia.
2 Jak coś tak prostego jak ubieranie się może pomóc w depresji poporodowej?
DPD może sprawić, że czujesz się odłączona od swojej tożsamości. Sam akt wyboru stroju jest małym aktem kontroli i dbania o siebie. Może stworzyć pozytywną zmianę w twoim nastawieniu, poprawić nastrój i służyć jako delikatne przypomnienie o osobie, którą jesteś poza byciem matką.
3 Czy muszę codziennie nosić eleganckie ubrania lub makijaż?
Absolutnie nie. „Ubieranie się” jest osobiste. Dla niektórych to czyste dżinsy i ulubiona koszulka. Dla innych może to być wygodna sukienka lub odświeżenie szminki. Celem jest założenie czegoś, co sprawia, że czujesz się nieco lepiej, a nie spełnianie czyichś standardów.
4 Jestem wyczerpana. Skąd znaleźć energię, by w ogóle myśleć o tym, co na siebie włożyć?
Zacznij od bardzo małych kroków. Wieczorem wybierz jeden przedmiot – np. przytulny cardigan lub ulubione skarpetki – i zostaw go w widocznym miejscu. Celem nie jest od razu pełny strój, ale jedna decyzja, która będzie małym zwycięstwem.
5 Czy to naprawdę może uczynić mnie lepszą matką?
Pośrednio tak. Kiedy poświęcasz chwilę na mały akt dbania o siebie, modelujesz poczucie własnej wartości i napełniasz swój własny kubek. Nieco lepszy nastrój i silniejsze poczucie siebie mogą pomóc ci czuć się bardziej cierpliwą, obecną i zaangażowaną w kontakt z dzieckiem, nawet w trudne dni.
Zaawansowane / Praktyczne pytania
6 To wydaje się powierzchowne. Czy to nie jest po prostu maskowanie prawdziwego problemu?
To nie jest lekarstwo, ale narzędzie radzenia sobie. Pomyśl o tym jak o fizjoterapii dla swojego poczucia siebie. To praktyczny, możliwy do wykonania krok, który może poprawić twoje doświadczenie z chwili na chwilę, podczas gdy szukasz lub przechodzisz inne leczenie. Dotyka ono uczucia utraty siebie, które jest bardzo realną częścią DPD.
