Portrety autorstwa Annie Leibovitz. Fotografie mody autorstwa Stef Mitchell.
Światło na zewnątrz jest blade i blaknie pewnego spokojnego piątkowego popołudnia na cichej paryskiej ulicy, gdy Jonathan Anderson siada przy dużym stole w swoim biurze, by przeglądać elementy przyszłości. "Co musimy przejrzeć?" – pyta.
Z chirurgiczną precyzją jego dyrektor kreatywny, Alberto Dalla Colletta, omawia dzienne decyzje dotyczące haute couture, po czym przechodzi do pilnych spraw w kolekcji damskiej got-to-wear. "To jest ta spódnica, którą naprawiliśmy" – mówi, przeglądając stos papierów. "Staje się coraz bardziej czymś, co uznałem za zabawne".
"Tył jest ładny" – mówi Anderson zwięźle, po czym skinieniem głowy wskazuje na następny punkt. Wysoki i intensywny, z płomienistymi kasztanowymi włosami i bogatym irlandzkim barytonem, 41-letni Anderson pełni obecnie jedną z najpotężniejszych ról w świecie mody: jest dyrektorem kreatywnym domu Dior. Jego powołanie w zeszłym roku spotkało się z powszechnym entuzjazmem w branży. Właśnie zakończył 11-letnią kadencję w Loewe, gdzie ożywił rynek kreatywnie eklektycznym stylem – czerpiąc z historii mody i własnych szerokich zainteresowań, by wprowadzić na rynek świeży, wyrazisty urok. Co niezwykłe, dokonał tego wszystkiego, jednocześnie prowadząc własną londyńską markę JW Anderson, która ma już 18 lat. Jego debiut w haute couture w lutym był wiosenną eksplozją kwiecistej objętości, ukazującą ogromne techniczne mistrzostwo Diora.
"Może iść w dowolnym kierunku – nie myślę o jego projektach jako o wyglądających w jeden określony sposób" – mówi Jennifer Lawrence, jedna z pierwszych, która nosiła suknie Andersona dla Diora na czerwonym dywanie. "Zwykle można dostać trzy szkice, które są w tym samym uniwersum. U Jonathana wygląda to tak, jakby 25 różnych projektantów przysłało mi 25 różnych opcji. Jego zakres nieustannie mnie zadziwia".
Dalla Colletta przechodzi dalej, brzmiąc niejasno przepraszająco. "Moim zdaniem kolory nie wyszły mocno. Brąz jest trochę—"
"Wiesz, co mogłoby być całkiem dobre, to spróbować takiego, gdzie masz brąz ze złotem" – sugeruje Anderson, niezrażony.
"Och, wow. Okej".
"Może być dziwne" – mówi Anderson, przechylając głowę na bok.
Na kominku po drugiej stronie biura stoi torba z nadrukiem "Ulisses Jamesa Joyce'a" – część serii toreb Andersona z okładkami książek – podczas gdy na jego biurku znajduje się mechaniczna maszyna do pisania i świece w kształcie owoców. Osiem przesuwnych paneli, rozrzuconych losowo po pokoju, jest obwieszonych zdjęciami z trwającej kampanii reklamowej. Manekin jest obwieszony znacznikami z bawełnianego toilu, a wokół stołu stoją dwa wieszaki na ubrania. Ekscytacja wokół powołania Andersona wynikała częściowo z jego wysokiej stawki: jest on pierwszym projektantem od czasów samego Christiana Diora, który nadzoruje wszystkie linie mody – damską, męską i haute couture, włącznie z torbami i butami. Oznacza to dziesięć wyczekiwanych kolekcji rocznie dla jednego z największych paryskich domów haute couture. Spotkania są wielowarstwowe i toczą się w zawrotnym tempie.
"To było do drugiego odniesienia, które nam dałeś" – kontynuuje Dalla Colletta. "Spróbujemy zrobić żakard, rozcinając wszystkie frędzle w ten sposób".
Anderson przeciąga dłonią przez włosy i wpatruje się w stronę. Jego sposób pracy często przypomina zachowanie człowieka czekającego przed wiejskim szpitalem na wiadomości z sali operacyjnej. Przy jego lewym łokciu, jak zwykle, leży rozrzut osobistych przedmiotów, jakby wysypał zawartość torby na stół: iPhone, filiżanka kawy, butelka Evian, etui ze słuchawkami, pudełko Tic Taców, paczka papierosów, mała miarka krawiecka i jasnozielony portmonetka na zamek z napisem "Głupi jak sen" – efekt współpracy Loewe z artystą Richardem Hawkinsem.
"Ładne" – mówi w końcu, po czym pochyla się, by przyjrzeć bliżej. "Chociaż tutaj kolory nie są takie ładne". Dalla Colletta pokazuje mu jeszcze dwie strony, a potem Anderson, śpiesząc się na kolejne spotkanie, wybiega z pokoju. "Godzinne spotkania w 10 minut z Jonathanem" – mówi Dalla Colletta z uśmiechem, zbierając papiery do wyjścia.
Pierwszy pokaz damski Andersona dla Diora, który odbył się w Tuileries, był przez miesiące najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem w Paryżu. Na godzinę przed rozpoczęciem tłum wylał się z parku na Place de la Concorde. Niektórzy gapie mieli na sobie kostiumy. Inni trzymali transparenty i wiwatowali na cześć każdej celebryty – Jennifer Lawrence, Sabriny Carpenter, Anyi Taylor-Joy, Jisoo, Jimina, Roberta Pattinsona, Johnny'ego Deppa i wielu innych – którzy przechodzili ścieżką wytyczoną przez ochroniarzy przez rozstępujący się tłum.
Wewnątrz dużej, płowej konstrukcji wzniesionej nad ośmiokątną fontanną Tuileries filmowiec Luca Guadagnino i jego scenograf Stefano Baisi stworzyli galerię z niskim sufitem. Ściany, w cętkowanym szarym kolorze, były obramowane warstwowymi włoskimi modernistycznymi listwami, a jako siedziska ustawiono kanciaste drewniane stołki. "Chcieliśmy stworzyć przestrzeń prawie jak muzeum" – mówi Guadagnino, który poznał Andersona około piętnastu lat temu i współpracował z nim przy kostiumach do trzech swoich ostatnich filmów.
Gdy światła przygasły do czerni, na trójkątnych ekranach wyświetlono krótki montaż dokumentalisty Adama Curtisa. "Czy odważysz się wejść do domu Diora?" – głosił napis, a następująca sekwencja przekształciła materiały z 78-letniej historii Diora w coś na kształt filmu grozy. Potem światła znów się zapaliły, jakby z niespokojnego snu, i pierwsza damska kolekcja Andersona zaczęła defilować.
Były plisowane, skręcane tkaniny, garnitury z krótkimi spódnicami z tweedu i koronka utkana w niesamowite, postrzępione wzory. Były wariacje na słynną marynarkę bar Diora i zabawne przekształcenia jego klasycznych kształtów sukienek. Z przodami w formie śliniaczka, wykładanymi kołnierzami, muszkami i bogatymi, ostrymi kratami kolekcja nawiązywała do przyzwoitych, środkowowiecznych ideałów mody. Ale jej niezwykłe objętości, pionowo ściśnięte proporcje i nagłe, zaskakujące cięcia – jakby całe stroje zostały uszyte, a potem, niczym zioła, przycięte z powrotem do żywych korzeni – nadawały tradycjonalizmowi skrajny i niejasno perwersyjny wydźwięk.
Najbardziej zauważalnie, styl ten odzwierciedlał styl, który Anderson wprowadził w swojej pierwszej kolekcji męskiej w czerwcu, zawierającej elementy inspirowane odzieżą damską, jak para cargo shorts o dużej objętości, niemal przypominająca turniurę. Delphine Arnault, prezeska i dyrektor generalna firmy, mówi mi, że możliwość projektowania kolekcji męskich i damskich nie tylko obok siebie, ale w tandemie, tworząc nową koncepcję "pary Dior", była sercem jego propozycji tak niezwykle kompleksowej kontroli.
"To nowoczesna wizja: Możesz zobaczyć ten look na mężczyznach i kobietach z wymiennością" – mówi. Jest to również wizja, którą Anderson realizował od najwcześniejszych dni jako projektant własnej marki, kiedy to w 2013 roku wywołał poruszenie, włączając do swojej kolekcji męskiej parę szortów z falbankami na dole o sylwetce minispódnicy.
Justin Vivian Bond, aktorka, artystka kabaretowa i działaczka na rzecz praw osób transpłciowych, opisuje Andersona jako "jednego z pierwszych projektantów, którzy naprawdę zasypali przepaść między kolekcjami damskimi i męskimi – zawsze będzie miał jednego czy dwóch facetów na pokazie damskim i vice versa, i to do mnie przemawia. Nie czuję, że to wymuszone: To logiczne i zabawne". Bond po raz pierwszy spotkała Andersona ponad 20 lat temu, gdy Rufus Wainwright przyprowadził go na jej występ w Londynie. "Zrobił mi wełnianą czapkę z piórami i sztuczne gronostajowe okrycie oraz tę niesamowitą opaskę na głowę z siatkami, w których były uwięzione muchy – to wszystko bardzo wczesny Jonathan".
W końcu Anderson zapytał Bond, czy zagra w jego pokazie dyplomowym w London College of Fashion; od tamtej pory współpracowali przy projektach, ostatnio przy operze zatytułowanej **Complications in Sue** (Anderson zaprojektował kostiumy). "Mimo całej tej powagi... wierzę, że tworzenie tych niesamowitych pokazów, a potem obserwowanie, jak ludzie go celebrują, coraz bardziej wzmacniało jego pewność siebie. Pasje Andersona okazały się zaraźliwe: O'Connor, którego babcia była ceramikiem, zaczął dzielić niektóre z nich. "Pamiętam, jak pewnego wieczoru poszedłem do Jonathana na obiad i zobaczyłem tę niesamowitą ekspozycję – jego kolekcja ceramiki jest magiczna! Miał prace Sary Flynn, irlandzkiej ceramiczki, którą naprawdę podziwiam. Miał Lucie Rie. Miał dużą kolekcję Iana Godfreya" – mówi. Anderson wywodzi tę pasję od swojego dziadka ze strony matki, który pracował w firmie tekstylnej Samuel Lamont & Sons w Antrim w Irlandii Północnej. "To on był tym kreatywnym w naszej rodzinie" – mówi Anderson. "A jako dziecko otaczało cię wiele porcelany na wystawie".
Wiele dzisiejszych przyjaźni i relacji Andersona kręci się wokół sztuki. Ostatnio spotyka się z katalońskim artystą Polem Angladą, z którym pracował w JW Anderson. "W życiu prywatnym każdego, gdy ma się taką pracę, jest trudno" – mówi mi. "Widziałem to u moich rodziców, gdy mój ojciec pracował przy Mistrzostwach Świata. Gdy wyjeżdżasz i wracasz, musicie na nowo się odkrywać. Z wiekiem uczysz się, że musisz znaleźć czas, jeśli chcesz chronić swoje relacje. Bo bardzo łatwo je zaniedbać – musisz zbudować system".
Poza tym w dzisiejszych czasach jego zainteresowania często podążają za wymaganiami pracy. "W tej chwili co tydzień jest look book. Co tydzień jest kampania. Przez większość dnia szukasz pomysłów" – mówi. Potem, jakby myśląc, że ten opis nie oddaje ekscytacji, dodaje: "Ale to też obsesja – artysta, osoba lub element vintage'owej odzieży może zainspirować całą kolekcję".
Pewnego grudniowego ranka umawiam się z Andersonem w Musée d'Orsay, gdzie zatrzymuje się, by zobaczyć dużą wystawę brytyjskiej malarki Bridget Riley, której obraz z 1988 roku **Daphne** posiada. Anderson przychodzi spóźniony: Mówi, że nigdy nie zagląda z wyprzedzeniem do swojego codziennego harmonogramu ani nie planuje kolejnych spotkań, bo boi się, że będzie zastanawiał się, czy są warte zachodu; nic dziwnego, że zawsze się spieszy. Wydaje się zmęczony.
"Nigdy w życiu nie wyczekiwałem tak bardzo Świąt – a nie jestem świątecznym typem" – mówi, wyliczając swoje bieżące projekty, tak dla siebie, jak i dla mnie. "Mamy jeszcze jedną przymiarkę do haute couture, jedną do męskiej i jedną do damskiej. I premierę kolekcji cruise, a potem właśnie wypuściliśmy na rynek kolekcje pre-fall i Riviera. Ten sezon jest zawsze najtrudniejszy, bo jest tak krótki". Uśmiecha się z bólem – "Ale wciąż pozytywnie!" – i maszeruje przez sklepione centrum muzeum.
Anderson mówi mi, że podziwia, jak Riley redukuje swoją pracę do jej istoty. "Masz pewność siebie, by iść na całość" – mówi. "Można to znaleźć w wielkim malarstwie indyjskim. Nawet u Rembrandta – wiedzą, kiedy przestać. To zaprasza twój umysł, by więcej myślał o tym, dlaczego stoisz przed tym".
Kurator wystawy, Nicolas Gausserand, który nam towarzyszył, wskazuje na kolor ściany: biały. Riley, obecnie w połowie lat 90., wbrew muzealnej praktyce, nalegała, że prace Seurata zyskają, będąc prezentowane na białych ścianach.
"To sprawia, że biele są bielsze" – mówi Anderson, przytakując. "To takie radykalne". Robi ostatni spacer po galeriach, po czym kieruje się do wyjścia. "Trzeba przejść się żwawo, żeby rozruszać mózg" – wyjaśnia, gdy wychodzimy z muzeum. "Jeśli zostanę za długo, nie widzę połączeń. Myślę, że przez mojego dziadka zawsze chodziło o to, jak znaleźć coś nowego w czymś, co już jest stare. Sprawiając, by to rozmawiało z tym, co dzieje się dzisiaj".
Wślizgujemy się do boksu w starej, wyłożonej drewnem nadrzecznej restauracji Le... Skończyliśmy na lunchu w Voltaire – nie tak, jak pierwotnie planowaliśmy, ale się spóźnialiśmy, więc harmonogram został, jak to często bywa z Andersonem, zmieniony na miejscu. Kelnerzy przynoszą talerze z rzodkiewkami, salami, chlebem i masłem. Anderson zamawia filet de boeuf, medium-well.
"Medium-well zajmuje 30 minut" – informuje nas kelner, z ledwo ukrytą dezaprobatą.
"Może jednak medium" – mówi Anderson. "I frytki – niech będzie szaleństwo".
"D'accord" – mruczy kelner z kamienną twarzą, skinąwszy głową.
Anderson ma jedną nogę w Londynie, gdzie JW Anderson rozwija się w kierunku mebli, sztuki i kolekcjonerstwa. Mówi, że czasem czuje rodzaj kulturowego whiplashu, przemieszczając się między Londynem a Paryżem
