**Tłumaczenie tekstu z języka angielskiego na polski:**

"Diana Vreeland" po raz pierwszy ukazała się w grudniowym numerze Vogue z 1989 roku. Aby otrzymywać więcej najciekawszych materiałów z archiwów Vogue, zapisz się tutaj do naszego newslettera Nostalgia.

Alexander Liberman, Dyrektor Redakcyjny Condé Nast

Od momentu, gdy pojawiła się w Vogue, wywołała rewolucję. Diana Vreeland wstrząsnęła latami tradycji, które domagały się świeżego spojrzenia. Wniosła śmiałość, łamiącą zasady. Zachęcała ludzi do kwestionowania norm i tabu.

Udało jej się to, ponieważ była znakomicie zdyscyplinowana. Nie była lekkomyślna – była zdyscyplinowaną buntowniczką. Była pierwszą redaktorką, która powiedziała mi: „Wiesz, to jest rozrywka”. Pod wieloma względami działała jak genialny producent teatralny. Postrzegała Vogue jako scenę. Dążyła do przesady, bo wiedziała, że trzeba wyjść poza światło reflektorów, aby nawiązać kontakt z publicznością. Była najbardziej utalentowaną redaktorką swoich czasów, ponieważ potrafiła wyryć epokę w umyśle czytelnika.

Podziwiała i instynktownie czuła, że ekscytacja Ameryki bierze się z jej młodości. Popychała Vogue do przodu, czyniąc go bardziej dynamicznym, młodszym i bardziej dostrojonym do duchem czasu. Była pierwszą redaktorką, która naprawdę wychwytywała zmiany zachodzące na ulicy. I była bardziej opętana modą niż ktokolwiek, kogo znałem. Pracowała niesamowicie ciężko. Była perfekcjonistką, bardzo dokładną. Dbała o techniczne szczegóły retuszu i grawerowania tak samo, jak o to, by włosy były idealne. Była głęboko skupiona na tym, jak obraz prezentuje się na stronie. I podejmowała decyzje bardzo szybko. Polegała na instynkcie i przypadku, na swój sposób pracy w nieprzewidywalnym świecie mody, urody i stylu.

Nie lubiła, gdy kwestionowano jej autorytet. Odrzucała ingerencję, by chronić swój proces twórczy. Było w niej coś szczególnie przesadnego. Kiedy pojawiała się w pracy, wszystko nagle stawało się bardzo formalne, jak na dworze królewskim. Otaczała się uroczymi młodymi sekretarkami i asystentkami, które stanowiły mały dwór strzegący królowej. Rzeczy wsuwano pod drzwi, a potem w tajemniczy sposób wracały. Nie była gotowa do dyskusji aż do określonej godziny. Było w niej coś królewskiego. Miała bardzo charakterystyczny sposób stawiania stóp, gdy szła korytarzami Vogue, co zawsze mnie uderzało. Jej ostrożna równowaga sprawiała, że wyglądało to, jakby szła przez pałac. Jednak pomimo całej tej dworskiej surowości i usztywnionego stylu, wierzyła w codzienny uniform: czarny sweter, beżową spódnicę i zawsze wygodne buty. Zmieniła ideę życia biurowego, wnosząc do miejsca pracy aurę uwodzicielskości. Łączyła tę aurę z silną zachętą. Każda sesja planowania sesji zdjęciowej była momentem uwodzenia. Maniery i zachowanie były wszystkim, co sprawiało, że praca wydawała się atrakcyjna. Nigdy nie wydawała się przytłoczona nudą. Przyjaciel powiedział kiedyś: „Proust polubiłby Dianę”. Diana Vreeland była uosobieniem wyrafinowania.

Pamiętam, jak Diana przyszła na jedną z moich wystaw w latach sześćdziesiątych. Wychodząc, powiedziała: „Alex, jakie wspaniałe swetry zrobiłyby z tych obrazów”. W jej umyśle wystawa stała się nowym graficznym pomysłem na swetry – być może jej największy komplement. Sztuka, literatura, balet i muzyka były jej pasjami, źródłami inspiracji, siłą napędową. Miała niezwykły instynkt. Jednym z jej sekretów była twórcza hojność poprzez zachętę. Myślała na wielką skalę. Nie było w Dianie Vreeland niczego, co Francuzi nazywają mesquine. Nic małego ani drobnego. Jeśli była podekscytowana jakimś tematem, musieliśmy dać mu szesnaście stron, trzydzieści stron! W tamtych czasach wszystko było możliwe, ponieważ Vogue ukazywał się dwa razy w miesiącu. Mogły mieć miejsce bardziej ekstrawaganckie przygody. Przed nią Vogue był redagowany z pewną sztywną, towarzyską ideą właściwego życia. Zszokowała purytańską Amerykę. Odważyła się dążyć do jak największego wpływu.

Te dwie gwiazdy nowoczesnej mody, Chanel i Diana Vreeland, były porównywalne, mimo że się nie lubiły. Obie były wspaniałymi potentatkami, które wyczuwały w sobie nawzajem główną rywalkę. Diana, ze swoim zamiłowaniem do dramatyzmu, błysku i ekstrawagancji, projektowała więcej niż kiedykolwiek Chanel. Chanel była krawcową w swoim salonie, tworzącą. Diana Vreeland dowodziła światową sceną mody. Zawsze kochała Rosję i ekstrawagancję rosyjskiego ducha. W głębi duszy czuła więź z Baletami Rosyjskimi. Było w niej coś z Baksta i Diagilewa: obfitość klejnotów, przesada, rosyjskie kolory, dzikość, przepych, bogactwo. Ale podobnie jak Chanel, była też bardzo nowoczesna. Była bardzo anglosaska i czuła się swobodnie ze wszystkim, co angielskie: tytułami, precyzyjnym krawiectwem, mundurami, ścisłym porządkiem angielskiego życia, poprawnością, starannym pisaniem notatek. Podziwiała rasowość, czy to u oszałamiającej piękności, czy u wspaniałego konia wyścigowego.

Pod wieloma względami była dyktatorką i potrafiła być surowa. Jednak pomimo wszystkich trudności i dziwactw tej ekscentrycznej osoby, wybaczało się wszystko. Wiedziałem, że dąży do niezwykłości, do tego, co najlepsze dla Vogue. Szanowałem ją i podziwiałem za ten niekończący się pęd do przekraczania doskonałości. Kochałem ją i spędziliśmy razem wspaniałą dekadę w Vogue. Wniosła wiele radości do mojego życia.

— André Leon Talley, Dyrektor Kreatywny Vogue

Diana Vreeland zaczęła pracować w latach trzydziestych i nigdy nie oglądała się za siebie. Wierzyła w jednostkę „wstań i idź, bierz się do roboty”. „Z czego jestem najbardziej dumna, to że zawsze chodziłam do pracy” – często mawiała. Była całkowicie nowoczesną kobietą, szczęśliwie zamężną przez czterdzieści dwa lata, wychowała rodzinę i dożyła czwórki prawnuków przed swoją śmiercią w sierpniu. Jej kariera w Vogue, a następnie piętnaście lat jako konsultantka Instytutu Kostiumów Metropolitan Museum of Art, były jej ożywczym tonikiem życia.

Wiedziała, że nowoczesne życie jest równie bogate na ulicach, co w najbardziej wyrafinowanych paryskich salonach. Styl musiał pochodzić z każdego poziomu społeczeństwa. Odnajdywała tę samą pasję i autorytet w kroku wstecz Tiny Turner na szpilkach, co w pismach Isak Dinesen. Widziała romans i ducha we wszystkim, od Voltaire'a po Jacka Nicholsona. Pamiętam, jak kiedyś odbyliśmy trzygodzinną rozmowę o espadrylach. Tego rodzaju obsesja na punkcie idealnych espadryli mogła się niektórym wydawać neurotyczna, ale symbolizowała pewne poczucie perfekcji, w które zawsze wierzyła. A kiedy skończyliśmy, około czwartej nad ranem, postanowiła, że musimy zbadać jej mieszkanie. Poszliśmy więc do kuchni, miejsca, w którym nie postała od lat. Zawsze komunikowała się ze swoimi kucharkami przez telefon, za pomocą szczegółowych notatek nabazgranych na dużych żółtych blokach prawniczych zielonym chińskim atramentem, lub osobiście w swojej garderobie. Byliśmy głodni i potrzebowaliśmy przekąski z masła orzechowego, jednego z jej ulubionych dań, które lubiła podawane na porcelanowych talerzach K'ang Hsi z łyżeczką. Nie miała pojęcia, gdzie w jej spiżarni coś jest ani gdzie trzyma się sztućce. To była prawdziwa przygoda nocnego marka. Jej stopy stanęły na obcej ziemi we własnej kuchni. Innym razem miała ochotę na angielską śmietankę klotted cream. Przez tygodnie miała obsesję na punkcie śmietanki z angielskiej wsi. Prosiła o wszystko, a jeśli było to ludzko możliwe, trzeba było to zrealizować. W końcu poprosiłem Manolo Blahnika, czy mógłby przywieźć trochę śmietanki z Anglii dla Czerwonej Cesarzowej. Blahnik pojechał specjalnie do Bath, dwie godziny od Londynu, zorganizował śmietankę, kazał zapakować ją w specjalny pojemnik z suchym lodem i przywiózł ją ze sobą, lecąc Concordem do Nowego Jorku w podróży służbowej. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było dostarczenie śmietanki pod drzwi Diany Vreeland. A notatki, które wysłała następnego ranka, zostały oprawione zarówno przeze mnie, jak i przez Blahnika.

Od czternastego roku życia wiedziałam, kim jest Diana Vreeland, czytając Vogue. Nigdy nie myślałam, że ją poznam. Została nie tylko moją mentorką, ale i najlepszą przyjaciółką. Jadłam z nią sam na sam kolacje, które dla mnie były równie ważne jak udział w kolacji państwowej. Po kolacji czytałam jej w weekendy. Uwielbiała mój głęboki, donośny głos. Rezygnowałam z wakacji i weekendowych wieczorów, by jej czytać, czasem aż do utraty głosu. Siedziałam wyprostowana na krześle, które wybrała. Czytałyśmy wszystko – artykuły o Prince'u, Flaubercie, Trumanie Capote. W każdą Wigilię Bożego Narodzenia czytałam jej A Christmas Memory Trumana Capote, który był jej bliskim przyjacielem. Pewnego dnia postanowiłam czytać z D.V. i uznała, że to wspaniałe, że czytam jej z jej własnej książki.

Nie była samolubna. Dawała ci dużo swojego czasu. Zawsze się troszczyła i dzwoniła o najdziwniejszych porach, by zapytać, jak się masz, co jadłeś tego dnia, co robiłeś. Jak to ujął wielebny John Andrew, rektor kościoła św. Tomasza – tego samego kościoła, w którym wzięła ślub w 1924 roku – w swoim mowie pogrzebowej: „Diana doceniała ludzki wkład w doskonałość”. Jak napisała Isak Dinesen o postaci w Anecdotes of Destiny: „Ach, jakże oczaruje anioły”.

Polly Allen Mellen, Dyrektor Modowy Vogue

Pamiętam, jak pani Vreeland poszła zobaczyć Millicent Rogers, która w tym czasie nosiła ogromną czarną bawełnianą spódnicę z warstwami halki. Miała pierścionki na każdym palcu. Projektowała własną biżuterię i każdy palec był pokryty ogromnymi turkusami – jej własnymi surowymi kawałkami. Pani Vreeland powiedziała do Millicent: „Nie ten pierścionek, Millicent, wygląda jak czyjeś zgubione wypełnienie zęba”. Kiedy pani Vreeland wróciła z tej podróży, poszłyśmy na rynek, a ona kazała uszyć sobie dużą czarną bawełnianą spódnicę z satyny. W tamtym roku wszystkie nosiłyśmy czarną satynową spódnicę z dziesięcioma halkami pod spodem i różową koszulą oxfordzką na guziki od Brooksa Brothers. Pani Vreeland to zapoczątkowała. Przywiozła też czarne baletki, które wszystkie nosiłyśmy.

Ludzie myślą o niej tylko w kategoriach fantazji. Ale ona była damą w szarym flanelowym garniturze, damą w szarych flanelowych spodniach. Krawiectwo było dla niej bardzo ważne. Patrzenie, jak przymierza ubrania, było bolesne. Trzymała lustro przed twarzą, by widzieć, że wszystko, co jest dopasowywane, jest idealne z tyłu. W latach pięćdziesiątych wszystko było od Mainbochera; wszystko było dla niej szyte przez Maina. Miała niesamowity szary flanelowy płaszcz woźnicy uszyty przez niego. Potem Mainbocher zrobił dżins. Uważała, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił.

Zawsze robiła wejście – zawsze. Była ekstrawagancka i nigdy nie była sama. Przychodziła na przyjęcie z mężczyzną lub dwoma mężczyznami. Zanim zmarł jej mąż, chodziła z nim na przyjęcia. Byli najatrakcyjniejszą parą. Jej biżuteria wieczorem, jej dodatki – wszystko było ekstrawaganckie, przesadne, krzykliwe. Jeśli było czarne, było to hebanowe czarne do granic możliwości. Bez względu na to, na jakie przyjęcie poszłaś, była otoczona najatrakcyjniejszymi ludźmi. Była tak zabawna. Jeśli do niej nie dołączyłaś, czułaś się, jakbyś była na Syberii.

W Paryżu w latach sześćdziesiątych obcięła włosy u Alexandre'a. Wcześniej były zaczesane do tyłu w siatkę – jej idealną siatkę, może z kokardą point d'esprit. A potem, ciach. Chciała pozbyć się wszystkich włosów, nowy, krótki pageboy, który nosiła do końca życia. Nigdy tego nie zapomnę. Minęła dekada i chciała objąć nowość lat sześćdziesiątych. Obcięła włosy podczas pokazów haute couture. Potem poszła i kupiła szmaragdowo-zielony tweedowy garnitur. Wszystkie szare Mainbochery zniknęły. Zaczęła nosić jaskrawe kolory. Zmieniła się, stała się dziksza. Potem widziało się w Vogue rzeczy takie jak Marisa Berenson w różowej peruce.

Ale nawet wtedy to w amerykański rynek wierzyła i go promowała: Claire McCardell, Tina Leser, Charles James, Norman Norell, James Galanos, B. H. Wragge. Była zachwycona Stephenem Burrowsem. Uważała jego i Giorgia di Sant' Angelo za genialnych. Zawsze była w dziale tkanin w Vogue. Wchodziła na rynek i inspirowała ludzi. Uwielbiała pracować za kulisami. Była osobą zza kulis, pracującą z krawcem. Instynktownie wiedziała wszystko o kroju, drapowaniu i linii ramion.

Zanim wysłała mnie do Japonii, kazała mi przeczytać całe Opowieści o Genjim. Powiedziała mi: „Musisz się w to zanurzyć, poczuć to, abyś naprawdę zrozumiała wszystko, o co cię proszę”. Nie mogłam uwierzyć, że każe mi czytać tę ogromną książkę. To znaczy, była erotyczna. Więc kiedy skończyłam, powiedziałam: „Pani V., skończyłam. Wow, ta część, kiedy byli razem, ich romans i wszystko inne…” A ona odpowiedziała: „Nie wiem, kochanie. Nie mogłam tego przeczytać. Po prostu nie mogłam, ale wiedziałam, że to będzie dla ciebie dobre”. A kiedy pracowałyśmy nad sesją opartą na Szeherezadzie, mówiła o seraju i powiedziała: „Potrzeba co najmniej stu pięćdziesięciu więcej koralików! W końcu, jeśli idziesz do seraju, równie dobrze możesz coś ze sobą zabrać”.

Nigdy nie myślała o niczym negatywnym. Nigdy. Nie było czasu na tego rodzaju negatywne myślenie. Jej motto brzmiało: zamień wszystko w pozytyw. „Nie ma czegoś takiego jak porażka, Polly, jeśli wyciągniesz z niej naukę za pierwszym razem”.

— Horst P. Horst, fotograf Vogue

Mówiła: „Wejdź do mojego biura, chcę ci coś pokazać”. Na podłodze przed jej biurkiem leżała ta maleńka rzecz, dwuczęściowe bikini. Powiedziała: „Nie uważasz, że to najbardziej ekscytująca rzecz od czasu bomby atomowej? Teraz znajdź mi odpowiednią dziewczynę, która to założy”. Oczywiście musiała mieć odpowiednią dziewczynę. „Nie chcę żadnej z tych dziewczyn, które robią zdjęcia bielizny”. Dziewczyna o imieniu Veruschka przyszła do mojego studia. Powiedziałem o niej Vreeland. Zadzwoniła do Veruschki i zapytała, czy pozowałaby dla Vogue. Ponieważ Veruschka była niemiecką hrabiną, powiedziała: „Zrobię to, ale tylko jeśli podasz moje nazwisko”. I tak Veruschka rozpoczęła swoją karierę jako symbol lat sześćdziesiątych w Vogue.

Pierwszą rzeczą, jaką dla niej zrobiłem w Vogue, był dom Consuelo, księżnej Marlborough. Powiedziałem Dianie: „Słuchaj, nigdy nie fotografowałem domu. Nie wiedziałbym, od czego zacząć”. Ale nie można było powiedzieć Dianie „nie”. I tak zacząłem fotografować domy, małym Roloflexem, jak aparat Brownie, bez asystenta, bez świateł. Valentine Lawford napisał towarzyszące teksty. Kiedy Diana zobaczyła zdjęcia, oczywiście powiedziała: „Potrzebujemy więcej”.

Powiedziałbym, że Chanel i Diana Vreeland wniosły niesamowity wkład w świat stylu i elegancji w tym stuleciu. Obie mogły stworzyć wszystko. U Diany zawsze musiało być nowe. Podobnie jak Chanel, Vreeland była bardzo silną kobietą, bardzo zdecydowaną. Była lojalną przyjaciółką. Na tydzień przed śmiercią nagle pomyślałem: muszę jej wysłać jakieś piękne kwiaty. Zadzwoniła, by mi podziękować. „Nie mogę się doczekać, aż cię zobaczę, Diano” – powiedziałem jej. Ona odpowiedziała: „Nie, nie. Nie przychodź do mnie. Po prostu dzwoń i opowiadaj mi nowiny”.

— Snowdon, fotograf Vogue

Kiedy w końcu poznałem ją właściwie, wszedłem do jej biura, co na początku było dość onieśmielające. A ona powiedziała: „Chcę, żebyś zrobił historię o tych niesamowitych białych wielorybach. Są tak arystokratyczne, że nie uwierzysz”.

Powiedziałem: „Pani Vreeland, gdzie one są?”

Ona odpowiedziała: „Nie wiem, gdzie są. Ale ty je znajdziesz. Albo każę komuś je dla ciebie znaleźć”.

Cóż, te wieloryby były piękne, miały siedemnaście stóp długości. Były w zbiorniku na Coney Island. Musiałem założyć skafander do nurkowania i zanurkować do zbiornika, aby je sfotografować. Miałem asystenta na zewnątrz zbiornika, który zapisywał czasy naświetlania z boku. I był facet na górze zbiornika, który krzyczał do mnie, mówiąc, żebym nie wchodził między wieloryby, bo mogą mnie przewrócić machnięciem ogonów i to będzie mój koniec. Myślałem, że są nieszkodliwe, aż do tego momentu. Ale zrobiłem zdjęcie. Przez przypadek spleciły się dla ujęcia. Potem Diana poprosiła mnie o białe konie. Pracowałem około dwóch miesięcy nad białymi końmi, okropne zdjęcia białych koni z żonkilami. I zostały odrzucone. W końcu pojechałem do Maryland i otoczyłem cały wybieg białych koni bombami dymnymi. Stworzyłem całe... Kiedy konie wbiegły w to, ich głowy były po prostu niezwykłe. Uwielbiała to.

Miała prawdziwą głębię. Nie sądzę, żeby zbytnio dbała o sukienki. Liczyła się dla niej elegancja, styl i silne poczucie indywidualności. Była najmniej snobistyczną osobą, jaką znałem. Jak większość prawdziwie wielkich ludzi, była skromna w swoim myśleniu. Jak powiedział Kenneth Clark o Leonardo da Vinci, pani Vreeland była wielka, ponieważ była ciekawska. Pozostała młoda, ponieważ była ciekawska. Ludzie ją kochali, ponieważ była ciekawska. Inspirowała innych swoją ciekawością. To była jej największa cecha.

— Susan Train, Szefowa Biura Paryskiego

Jej sposób pracy był zupełnie inny. Kiedy była w Paryżu, wynajmowaliśmy apartament w Hotelu Crillon i zamienialiśmy salon w nasze biuro. Miała własną sypialnię i łazienkę. Dwie sekretarki, moja asystentka i ja siedzieliśmy w tym dużym pokoju. Dodawaliśmy dodatkowe linie telefoniczne, przynosiliśmy własne maszyny do pisania, wynosiliśmy meble, których nie lubiliśmy, i wnosiliśmy duże stoły robocze. Była rannym ptaszkiem. Budziła się, jadła swoje zwykłe śniadanie – herbatę i owsiankę – i zaczynała odbierać telefony. Jedna z byłych redaktorek powiedziała, że Diana Vreeland załatwiała więcej z łóżka rano niż większość ludzi, siedząc w biurze przez cały dzień. Zawsze rozmawiała z każdym fotografem pracującym tego dnia. Utrzymywała wszystkich w ruchu. Potem szła do łazienki, gdzie spędzała niewiarygodną ilość czasu. Nigdy nie wiedziałam, co tam robiła. To musiała być joga, medytacja, ćwiczenia i kremy. Nigdy nie mogłam tego rozgryźć, ponieważ kiedy wychodziła, siadała przed toaletką i robiła makijaż. Kładłyśmy małe notesy wszędzie – co najmniej trzy w łazience, kilka na jej biurku, na każdej powierzchni. Ilekroć miała myśl, natychmiast ją zapisywała. Zawsze pracowała. Nawet z łazienki utrzymywała wszystko w ruchu. Wszystko, co robiła, wszystko, co widziała, każdy, z kim rozmawiała, każdy kolor i uczucie, którego doświadczyła – wszystko to ostatecznie zamieniało się w modę i trafiało do Vogue.

Spędzałam z nią godziny, gdy przymierzała ubrania. W tym czasie jej ulubionym projektantem był Balenciaga. Uwielbiała Givenchy i zaangażowała się w Yves Saint Laurenta, gdy ten rozwinął skrzydła, i oczywiście Madame Grès. Pani Vreeland zainspirowała Madame Grès do tworzenia niesamowitych ubrań. Te dramatyczne długości i brokaty pojawiały się potem w Vogue.

Zawsze była punktualna. I nigdy nie zapominała podziękować ludziom, nawet za najmniejsze rzeczy. Kiedy oglądała kolekcje, siedziała prawie w transie. Można było powiedzieć, że marzyła. Wyobrażała sobie każdy element, gdy się pojawiał – gdzie i jak będzie noszony.

Oczywiście była bardzo teatralna i naprawdę wyjątkowa. Ludzie, którzy nie znali jej dobrze, nie mogą sobie wyobrazić, jaka była ludzka. Sztuczna persona, którą czasem zdawała się mieć, była w rzeczywistości jedną z najbardziej tolerancyjnych osób, jakie znałem. Nigdy nie krytykowała. Akceptowała ludzi takimi, jakimi byli i nigdy nie próbowała ich zmieniać. Skupiała się tylko na dobrym. Jeśli było coś złego, po prostu to ignorowała. Nigdy nikogo nie poniżała. Miała humor, wielką odwagę, zrozumienie, życzliwość i głębię. Była dobrą przyjaciółką, zawsze lojalną. I ceniła lojalność u innych. Niezależnie od tego, czy byłeś na górze, na dole, w środku, czy na zewnątrz – zawsze była przyjacielem.

**Często Zadawane Pytania**
Oto lista często zadawanych pytań o Dianę Vreeland, redaktorkę mody, przy której Miranda Priestly wygląda jak potulna owieczka.

**Pytania dla Początkujących**

1. **Kim była Diana Vreeland?**
Była najpotężniejszą redaktorką mody XX wieku, znaną ze swojego odważnego, ekscentrycznego stylu i pracy w Harper's Bazaar i Vogue. Zasadniczo wymyśliła nowoczesne dziennikarstwo modowe.

2. **Dlaczego ludzie mówią, że przy niej Miranda Priestly wygląda jak potulna owieczka?**
Miranda Priestly jest twarda. Diana Vreeland była wizjonerką. Nie tylko wymagała perfekcji, ona wymagała fantazji. Była bardziej kreatywna, bardziej skandaliczna i miała o wiele większą osobowość niż jakikolwiek fikcyjny szef.

3. **Jaki był jej najsłynniejszy cytat?**
„Jedyna prawdziwa elegancja jest w umyśle; jeśli to masz, reszta przyjdzie sama”. Inny klasyk: „Bikini to najważniejsza rzecz od czasu bomby atomowej”.

4. **Czy rzeczywiście pracowała w Vogue?**
Tak. Była redaktorką naczelną Vogue w latach 1963-1971. Wcześniej przez 25 lat była redaktorką mody w Harper's Bazaar.

5. **Jak wyglądała, że była tak niezapomniana?**
Miała surowego czarnego boba, jaskrawoczerwoną szminkę i nosiła dramatyczne, niemal kostiumowe ubrania. Była żywym dziełem sztuki.

**Pytania dla Zaawansowanych**

6. **Czym była jej rubryka „Why Don't You”?**
W Harper's Bazaar pisała comiesięczną rubrykę z szalonymi, aspirującymi pomysłami, takimi jak: „Dlaczego nie założysz czarnej aksamitnej sukni wieczorowej z białym futrem z gronostaja?” albo „Nie ufarbujesz włosów na niebiesko?”. To była czysta fantazja, a nie praktyczność.

7. **Jak zmieniła sposób, w jaki wyglądały magazyny modowe?**
Jako pierwsza zastosowała fotografię akcji i prawdziwe plenery. Nie tylko pokazywała sukienkę, ona opowiadała historię. Umieszczała modelki na ulicy, w basenach i skaczące w powietrzu.

8. **Jaki był jej największy błąd w Vogue?**
Słynnie przepowiedziała, że minispódniczka jest martwa, właśnie wtedy, gdy była u szczytu popularności. To była ogromna pomyłka, która zaszkodziła jej wiarygodności.

9. **Dlaczego została zwolniona z Vogue?**
Nowy