Esej Tada Frienda „On the Road Again” ukazał się pierwotnie w październikowym numerze „Vogue” z 1995 roku. (Aby zobaczyć więcej archiwalnych perełek z „Vogue”, możesz zapisać się do newslettera Nostalgia.)
W 1984 roku poszedłem na przyjęcie z okazji siedemdziesiątych urodzin Williama Burroughsa w Limelight, ogromnym klubie nocnym na Manhattanie, i rozmawiałem tam z Allenem Ginsbergiem. Dekadę wcześniej Ginsberg pesymistycznie oznajmił, że „nie ma już nadziei na Zbawienie Ameryki, które głosiło... nasze Pokolenie Beat”. Ale tamtej nocy, otoczony przez takie gwiazdy jak Sting, Lou Reed i Kurt Vonnegut – wszyscy bardziej skupieni na bladej twarzy Burroughsa niż na tańczeniu do „Beat It” – Ginsberg wydawał się pogodny. Przypomniałem mu, że kilka miesięcy wcześniej odwiedził moją uczelnię, by nauczać nas medytacji (wśród oparów marihuany), i wspomniałem, że właśnie przeczytałem *W drodze*. I że, no wie pan, wciągnęło mnie.
„Tak” – powiedział z uśmiechem Ginsberg. – „Wpływ Beatów powróci. To naturalne po latach brzydkiego ducha Reagana-Nixona… Posłuchaj” – dodał, recytując haiku Kerouaca: – „Bezużyteczny, bezużyteczny,/ ulewny deszcz/ Wpada do morza”.
Nie na temat? Nie, Beat.
Ginsberg miał rację: Beaci wracają, przyjęci przez nowe pokolenie. New York University niedawno zorganizował duże konferencje poświęcone Beatom i Kerouacowi; 70 procent uczestników wydarzenia o Kerouacu miało poniżej 25 lat. Idee Beat omawia się na stronie internetowej Literary Kicks, właśnie ukazały się nowe wydania listów i prozy Kerouaca, a w listopadzie ultramodne Whitney Museum of American Art otworzy wystawę zatytułowaną „Kultura Beat i Nowa Ameryka: 1950-1965”.
W przyszłym roku Francis Ford Coppola planuje nakręcić powieść Kerouaca z 1957 roku *W drodze*, prawdopodobnie w czerni i bieli, portretując Sala Paradise’a i Deana Moriarty’ego, którzy bez końca przemierzają kraj, uwikłani w relacje z kobietami, alkohol i prawo, zawsze w poszukiwaniu większych emocji. Gdy Coppola zorganizował otwarte przesłuchania w Nowym Jorku w lutym zeszłego roku, ponad 5000 kandydatów ustawiło się w kolejce na śniegu, płatki osiadając na ich beretach. Coppola podawał rękę każdemu, „zwracając uwagę na ich aurę”.
Nostalgia po Beatach jest widoczna w wielu trendach: rosnącym użyciu heroiny, powrocie ponurych bród hiszpańskich i bród van Dycka (noszonych przez Dana Cortese, Ethana Hawke’a, Nicolasa Cage’a, Michaela Stipe’a, T. Coraghessana Boyle’a), studentach literatury z Ivy League ubranych na czarno i pielęgnujących poetycką melancholię, zenowskim odrodzeniu surfingu na longboardzie, rozkwicie kawiarni, gdzie rezydentny kot nazywa się Ferlinghetti, a nawet planach Volkswagena dotyczących odświeżonego Garbusa. „Beaci są wszędzie” – mówi Bill Adler, prezes wytwórni NuYO Records, specjalizującej się w słowie mówionym. – „To niepodważalne. To jak pleśń”.
„Mamy do czynienia z prawdziwym Renesansem” – zgadza się Anne Waldman, dyrektorka Jack Kerouac School of Disembodied Poetics w Boulder w Kolorado. – „Młodzi pociąga braterstwo Beatów, idea podróży, eksperymenty z narkotykami i świadomością – cała ta chęć zejścia z utartych torów”.
„Styl Beat jest główną inspiracją na East Village” – napisał mi niedawno poeta Sparrow. Jego ośmiostronicowy list odręczny, zabawnie rozmazany sosem sałatkowym przez córkę, opisywał ten styl jako „ludzi w bezkształtnych ubraniach pijących kawę w kafejkach i piszących w swoich zeszytach w spirali, słuchając jazzu – nowoczesnego jazzu…”. Jego anarchistyczna grupa poetycka, UNbearables, uznała, że rzeczą po beatowsku będzie pikietowanie konferencji o Kerouacu na NYU za przekształcenie mitu outsidera w towar. Był szczególnie dumny ze swoich ironicznych haseł: „Jesteśmy Bandą Niedojrzałych Idiotów” i „Oni Mają Rację, a My Nie”. Zauważył: „Przeczytałem mój wiersz »Wiersz« (»Ten wiersz zastępuje/wszystkie moje poprzednie/wiersze«) przy gromkich brawach”.
Nazywając mnie „Pops” i ubrany od stóp do głów w dżinsy z dużym naszyjnikiem z paciorków, muzyk beatowski David Amram przyjął mnie w swoim mieszkaniu na Village (pełnym nieposłanych łóżek, plakatów jazzowych i bębenków bongo) na „kosmiczną pogawędkę” o swoim przyjacielu Kerouacu, który często go tam odwiedzał. Chciał, żebym poczuł anioły tego miejsca. Ponad 200 pielgrzymów z konferencji o Kerouacu... Te same wydeptane schody pokonywała kolejna fala gości, każdy podążając śladami poprzedniego. „Czuli magię w tych ścianach” – mówi Amram – „i odchodzili promienni”. Krótko mówiąc, znów krążą dziwne idee: pasja, szczerość, kaprys, poszukiwanie wiary. Znużona ironia blednie wraz z oglądalnością Davida Lettermana. „Żadnej parodii, żadnej ironii; staramy się być bardzo szczerzy” – mówi reżyser John Carlin o nadchodzącym CD-ROM-ie „The Beat Experience”, którego główną scenografią jest beatowska „melina”. – „Oni wynaleźli kontrkulturę i nie można z tego żartować”. Oczywiście można, ale sami Beaci odrzucali ironię jako suchą, pustą pozę. „Pierwsza myśl, najlepsza myśl” – to była zasada Ginsberga dotycząca spontanicznej kreacji – rada, której w latach osiemdziesiątych głównie przestrzegali uczestnicy *Jeopardy!*.
Beaci urzekają swoim gorączkowym wezwaniem do życia. Jak słynnie napisał Kerouac w *W drodze*: „Jedyni ludzie, którzy coś dla mnie znaczą, to ci, co oszaleli, oszaleli, żeby żyć, oszaleli, żeby mówić, oszaleli, żeby być zbawionymi... [którzy] płoną, płoną, płoną jak bajeczne żółte race rzymskie, wybuchające jak pająki wśród gwiazd”. Kerouac, który wykuł *W drogę* na jednej, ciągłej rolce papieru w trzy tygodnie, napędzany benzedryną, i który ostatecznie zmarł na alkoholizm w wieku 47 lat, wciąż płonie jasno jako pociągająca legenda.
„Uwielbiam, gdy nazwisko Kerouaca pojawia się w związku z ideą podróżowania i życia chwilą” – mówi artysta Jack Pierson, którego fotografie i kolaże przywołują podróże drogowe i samotne motele. – „Podobnie jak Kerouac, myślę o swojej sztuce na ścianie jako o pocztówce z życia – które jest prawdziwą sztuką”. Jednak Pierson jest jasny: „To nie tak, że chcę usiąść i czytać jego książki”.
Wiele z 25 książek Kerouaca jest w rzeczywistości nie do przeczytania; w najgorszym wydaniu, jak zjadliwie zauważył Truman Capote, on nie pisał, tylko wystukiwał na maszynie. Pomimo trwałego wpływu dzieł takich jak *Nagi lunch* Burroughsa, Beaci odnieśli sukces nie tyle jako literatura, ile jako potężna metafora... czegoś.
To, co uważamy za „Beat”, to tak naprawdę mieszanina nieporozumień. Podobnie jak Johnny Depp, który niedawno kupił zniszczony płaszcz przeciwdeszczowy Kerouaca za 15 000 dolarów, często cenimy artefakty tej oryginalnej kultury młodzieżowej bardziej niż jej rzeczywiste ideały. „Starałam się nosić moją czarną sukienkę każdego dnia, być pewną swojego stylu jak prawdziwa Beat” – mówi projektantka X-Girl Daisy von Furth z odrobiną rozczarowanego szacunku – „ale potem zrobiło się za gorąco”.
Moda szczególnie szybko przypisuje Beatom przypadkowe idee. Kolekcja jesienna Donny Karan była cała czarna – mnóstwo obcisłych spodni noszonych z balerinami; linia Ralpha Laurena, Ralph, często obejmuje berety i granatowo-białe pasiaste T-shirty; a Miuccia Prada otworzyła swój pokaz jesienny beatowsko zainspirowaną częścią z czarnymi ołówkowymi spodniami i prostymi płaszczami. „Nasze rybackie T-shirty i czarne legginsy to zdecydowane zawłaszczenie stylu Beat, forma ponad treścią” – mówi von Furth. – „Celujemy w klimat międzynarodowego beatnika i filmów Godarda, ale wiele osób pomyliło to z lookiem Jackie O.”
Cokolwiek. Jak zauważa muzyk Amram, pochodzenie tego looku nie jest nawet beatowskie: „Cała sprawa z beretem i ciemnymi okularami tak naprawdę wzięła się od Dizzy’ego Gillespiego i Theloniousa Monka, którzy nosili je na początku lat czterdziestych, by okazać solidarność z Sartre’em i Europejczykami”.
Gap również próbował pożyczyć trochę uroku Beatów reklamami głoszącymi, że zarówno Kerouac, jak i Ginsberg „nosili khaki”. W rzeczywistości khaki obu panów pochodziły prosto z Armii Zbawienia. „Jack po prostu nosił cokolwiek udało mu się znaleźć” – mówi pisarka Joyce Johnson, była dziewczyna Kerouaca. – „Miał najokropniejsze, jaskrawe hawajskie koszule”. Ekscentryczny film Roberta Franka z 1959 roku *Pull My Daisy*, z udziałem Kerouaca, Ginsberga, Amrama, Gregory’ego Corso i Larry’ego Riversa, pokazuje, co faktycznie nosili: grube swetry, wytarte spodnie khaki i flanelowe koszule. Innymi słowy, Beaci wynaleźli grunge.
Całkiem fajne. Ale potrzebujemy, żeby Beaci byli fajniejsi od nas, więc robimy ich fajniejszymi, niż byli. Nie chcemy słyszeć, że Kerouac większość dorosłego życia spędził z matką, Mémêre, i pozwalał odwiedzającym go przyjaciołom spać razem w swoim pokoju gościnnym tylko wtedy, gdy byli małżeństwem. Gdyby byli małżeństwem, Jack Kerouac nie pochwalałby tego i wypowiadałby się przeciwko hipisom. Jego biografka Ann Charters dodaje: „Jack nienawidziłby Clintona i Hillary, bo nie lubił kobiet na stanowiskach władzy, i popierał wojnę w Wietnamie. Prawdopodobnie uważałby Newta Gingricha za interesującego faceta”. W połowie lat pięćdziesiątych Kerouac, pijany, pomógł napisać wiadomość do prezydenta Eisenhowera: „Drogi Eisenhowerze, Kochamy Cię – Jesteś wielkim białym ojcem. Chcielibyśmy Cię przelecieć”. Notatka jest wyraźnie gniewna, niedojrzała i zdominowana przez mężczyzn, ale niesie też ton podziwu.
Jaki to był bunt i dokąd nas zaprowadził?
Allen Ginsberg wspomina, jak pierwszy raz usłyszał termin „beat”, słowo, które Jack Kerouac przyjął w 1948 roku, by opisać uczucie „wyczerpania, na dnie świata... odrzuconego przez społeczeństwo, zdanego na siebie, obytego z ulicą”. W latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych Beaci byli luźną grupą mężczyzn w Nowym Jorku i San Francisco, którzy celebrowali spontaniczność, zen, narkotyki takie jak marihuana i pejotl, napoje takie jak gin i kawa, dzikie podróże drogowe, półświatek i surową szczerość w przekształcaniu osobistych emocji w sztukę. Kochali też zabawne, dziwaczne zwroty, takie jak „karaluchy z masłem orzechowym” i „smażone buty”. (Spróbuj sam: sok cienia... plugawe jajko... zabójcza marmolada. To całkiem zabawne.)
Ruch Beat czerpał inspirację z rytmów, długich linii oddechowych i żywiołowego stylu życia muzyków bebopu, takich jak Charlie Parker i Dizzy Gillespie. Podobnie jak Elvis, Beaci wykorzystali czarną muzykę jako fundament dla nowej – choć można argumentować, że rozcieńczonej – estetyki. Przede wszystkim ruch literacki, Beat później rozszerzył się o nowe formy sztuki, takie jak asamblaż, happeningi i kino niezależne.
Beaci poszukiwali Ameryki dalekiej od ery Josepha McCarthy’ego, skarpetek do kostek i podmiejskiej konformizacji. Ich swobodna wędrówka zaniepokoiła mainstream: nawet *Playboy* krytykował ich jako „współczesnych nihilistów, dla których wystarczyło, najwyraźniej, drwić i zaprzeczać”. Media również rozcieńczyły urok Beatów, tworząc stereotyp beatnika – mamroczącego, grającego na bongosach, brodatego lenia, ucieleśnionego przez Maynarda G. Krebsa w serialu telewizyjnym *The Many Loves of Dobie Gillis*. Do 1959 roku można było wynająć „beatnika” na przyjęcie, a komicy tacy jak Johnny Carson opowiadali żarty o „kocie” i „laskach” dzielących „melinę”, palących „trawkę” i „wariujących” na wszystkich „frajerów”.
Tę karykaturę oszusta w golfie trudno zrzucić. Artysta Jack Pierson mówi: „Bardziej niż samych Beatów, lubię całą ideę Beatów, którą widzisz w *The Lucy Show*, kiedy Lucy i Vivian idą do klubu beatników i próbują wpasować się jako hipsterskie laski”. Ale styl Beat bez ducha Beat nie jest prawdziwie Beat. Porównaj ikoniczny wiersz Allena Ginsberga z 1955 roku „Skowyt” – „Widziałem najlepsze umysły mojego pokolenia zniszczone przez szaleństwo, głodne, histeryczne, nagie, / wlokące się o świcie przez murzyńskie ulice w poszukiwaniu gniewnego strzału...” – z piosenką 10,000 Maniacs z 1987 roku „Hey Jack Kerouac”: „fajni, naćpani szaleńcy, uliczne dziewczyny z Harlemu wyjące nocą…”. Podobnie Madison Avenue wyprodukowało słabe, beatnikowskie reklamy produktów takich jak Cappio cappuccino, d
