To jest ten wieczór dla dziewczyn, o którym wszyscy mówili. W środę Taylor Swift i jej wieloletnie przyjaciółki Alana i Este Haim dołączyły do Mariski Hargitay na trybunach Madison Square Garden, aby kibicować New York Knicks podczas finałów NBA.
Wiele napisano o Swift, siostrach Haim i Hargitay w koszulkach z napisami "Stevie Knicks", "Knickelback" i "Knickole Kidman" (częściowo także przeze mnie). Ale widok Swift – która urodziła się w Pensylwanii, wychowała w Tennessee, a pod koniec maja była na meczu Knicks ze swoim narzeczonym Travisem Kelcem, fanem Cavaliers – wraz z dwiema z trzech sióstr Haim, znanymi z Valley, jak radośnie tracą głowy po niesamowitym zwycięstwie Knicks w czwartym meczu – nie wspominając o obserwowaniu, jak media społecznościowe eksplodują kontrowersyjnym komentarzem Jennifer Lopez o Subway na temat tego, co czyni kogoś "prawdziwym" nowojorczykiem – skłania mnie do refleksji nad tym, co naprawdę znaczy należeć do miasta, albo mieć je dla siebie.
Urodziłam się w Nowym Jorku, ale jako dziecko przeprowadziłam się do Moskwy i Rzymu z powodu pracy rodziców, a wróciłam do Nowego Jorku tuż przed dziewiątymi urodzinami. Zostałam tam przez kolejne 10 lat, aż do wyjazdu na studia, ale nie zdecydowałam się wrócić do miasta aż do połowy dwudziestki. Co dziwne, dopiero wtedy, mieszkając w Prospect Heights z grupą współlokatorów, poczułam, że naprawdę żyję w Nowym Jorku, a nie jestem tam tylko przypadkiem.
Mieszkałam w ośmiu różnych miastach i miasteczkach w swoim życiu, od Austin po Rzym. Choć Nowy Jork zawsze będzie moim miejscem urodzenia – i miejscem, gdzie przechowywane są moje książki z gimnazjum "Plotkara", dyplom ukończenia studiów i znoszone buty Ugg – nie jest to jedyne ani nawet główne miejsce, które dziś nazywam domem. Od trzech lat mieszkam w Los Angeles. Po raz pierwszy spróbowałam Miasta Aniołów zaraz po studiach, potem wyjechałam na kilka lat, a wróciłam po dwudziestce. Dzięki przystępnemu cenowo, niesamowitemu jedzeniu z całego świata, mnóstwu basenów i cichej, przyjaznej sąsiedzkiej atmosferze, która błyszczy nawet w trudnych czasach, nie znalazłam miasta, które lepiej by mi pasowało.
Nie jestem największą fanką sportu (poza tymi co cztery lata, gdy gimnastyka kobiet przejmuje Letnie Igrzyska Olimpijskie), ale kibicowałam Liberty na Brooklynie, rozmawiałam o szansach Buckeyes na mistrzostwo w Cleveland, bawiłam się w barach Astros w Houston i zakochałam się w Dodgers – a przynajmniej w idealnym połączeniu Dodger Dogs i przepłaconej wody – w Elysian Park. Do niedawna nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego nagle tak bardzo wciągnęłam się w te drużyny. Jasne, niektórzy mogą nazwać mnie kibicem sukcesu za to, że kibicuję gdziekolwiek się znajdę, ale tak naprawdę nie chodzi o sportowców – chodzi o zwykłych ludzi (i celebrytów), których miłość do nich jest o wiele silniejsza niż wszystko, co kiedykolwiek czułam do sportu. (Nigdy nie twierdziłam, że jestem oddana czemukolwiek poza Miss Piggy i może Andy Capp's Hot Fries.)
W czwartkowym wywiadzie dla Vogue Alana Haim nazwała środowy mecz Knicks-Spurs "być może najlepszym meczem koszykówki, jaki kiedykolwiek rozegrano" i powiedziała o podziale na fanów Lakers/Knicks: "Myślę, że wszyscy możemy być przyjaciółmi. Nie ma tam żadnej wrogości." Na pewno nie jestem tak zafiksowana na obecnym sukcesie Knicks jak moi przyjaciele, którzy wciąż mieszkają w Nowym Jorku, ale dlaczego nie pozwolić sobie cieszyć się fajnymi rzeczami, nawet z drugiego końca kraju?
Mimo to uwielbiam oglądać queerowe dziewczyny na meczach Sparks – a także pójdę zobaczyć Texas Rollergirls dominujące w roller derby, gdy odwiedzam rodzinę w Austin, i śledzę futbol (a przynajmniej szukam idealnego vintage'owego swetra futbolowego), gdy jestem w Ohio na zjeździe absolwentów. Moim zdaniem nic z tego nie czyni mnie koniunkturalistką ani jakąś sportową podróbką – to się po prostu nazywa posiadanie zakresu, skarbie!
**Często zadawane pytania**
Oto lista często zadawanych pytań dotyczących unikalnego połączenia Taylor Swift, HAIM, New York Knicks i przyjemności z kibicowania dowolnemu miastu.
**Taylor Swift i HAIM**
*Poziom początkujący*
**P: Czy Taylor Swift i HAIM są naprawdę przyjaciółkami, czy to tylko sprawa biznesowa?**
**O:** Są prawdziwymi przyjaciółkami. Widywano je razem na spotkaniach, kolacjach i wspieraniu swoich koncertów od lat. Zaczęło się od tego, że HAIM otwierało koncerty Taylor w trasie 1989.
**P: Jakie piosenki Taylor Swift i HAIM zrobiły razem?**
**O:** Mają dwie oficjalne kolaboracje: "no body, no crime" i "Gasoline". Taylor dołączyła też do HAIM na scenie, aby zaśpiewać "Love Story" i "The Wire".
**P: Czy HAIM to zespół czy solowa artystka?**
**O:** HAIM to zespół składający się z trzech sióstr: Este, Danielle i Alany Haim. Grają na własnych instrumentach i piszą własne piosenki.
*Poziom zaawansowany*
**P: Jak styl muzyczny HAIM wpłynął na ostatnie albumy Taylor Swift?**
**O:** Styl soft rock i pop-rock lat 70. i 80. HAIM mocno wpłynął na ery "folklore" i "evermore". Wspólne, rodzinne sesje pisarskie z Aaronem Dessnerem pomogły Taylor odejść od czystego popu w stronę indie folku i alternatywnego rocka.
**P: Dlaczego Taylor i HAIM zdecydowały się na siostrzaną piosenkę o zemście, jak "no body, no crime"?**
**O:** To był zabawny pomysł narracyjny. Alana Haim powiedziała, że chciały napisać klasyczną kryminalną piosenkę country, a Taylor spodobała się koncepcja trzech sióstr pomagających jej w zemście. Gra to na rzeczywistej dynamice sióstr Haim, które zawsze mają się nawzajem.
**P: Jak siostry Haim czują się w związku z byciem nazywanymi zespołem wspierającym Taylor?**
**O:** Wyraźnie dały do zrozumienia, że są przede wszystkim zespołem. Choć kochają Taylor, nie lubią określenia "zespół wspierający". Postrzegają siebie jako współpracowniczki i przyjaciółki i są niezwykle dumne ze swojego własnego, trzyalbumowego katalogu.
**New York Knicks i kibicowanie**
