Zanim pojawiły się mosh pity i wspólne wrzaski, na molo w Ocean City istniał sklepik, w którego głębi chowano płyty punkowe. Witryna była tak typowo nadmorsko-jerseyowa – pełna fluorescencyjnych boogie boardów i krabów pustelników w klatkach z siatki – że nie jestem pewien, co mnie do środka przywiodło. Ale za plażowym kiczem krył się ukryty skarbiec wiedzy i historii: koszulki Misfits, Dead Kennedys i Bad Brains złożone logo na wierzchu przy tylnej ścianie; kartony z płytami CD opatrzone etykietami „Hardcore i punk”, „Emo” i „Indie”; przypinki, naszywki i inne gadżety zespołowe rozrzucone na pleksiglasowej ladzie, pod którą leżały fajki i bibułki. Jako metafora estetycznego przebudzenia dziecka z przedmieść było to niemal zbyt doskonałe – wejdź przez sklep z pamiątkami, a odkryjesz rewolucję.
Było to lato 2001 roku, po moim pierwszym roku w liceum. Wtedy wydawało mi się – i nadal się wydaje, po kolejnych 25 latach życia – że to schyłek najgorszego roku, jaki kiedykolwiek przeżyłem. Poprzedniej jesieni zacząłem naukę w prestiżowej szkole prywatnej, wyobrażając sobie, że szybko znajdę grupę kochających książki dziwaków, z którymi będę mógł debatować o początkach włoskiego renesansu. Zamiast tego bezlitośnie znęcali się nade mną miłośnicy Phisha w koszulkach Polo. Znajomość Nantucket i różnych marek sprzętu do lacrosse była podstawową walutą społeczną, a ja nie miałem ani jednego, ani drugiego. **Słuchajcie, wszyscy tu jesteśmy bogaci** – chciałem powiedzieć. **Czemu nie porozmawiamy o Dostojewskim jak prawdziwi arystokraci ducha?** Ale nigdy tak naprawdę tego nie powiedziałem, ani prawie nic innego. Okazało się, że byli to zwykli arystokraci, przepełnieni bezdenną pewnością siebie w swoich złych gustach i odziedziczonych zapasach codziennego okrucieństwa.
Thursday, Brand New, Taking Back Sunday, Saves the Day i niezliczone inne lokalne i mniej znane zespoły – to stały się **moje** zespoły.
Oczywiście, byłem snobem. Ale to nie sprawiało, że ostracyzm czy moje zagubione rozczarowanie światem bolały mniej. Nie mając wiele innego do roboty, zdobywałem świetne oceny i starałem się nie płakać zbyt często na lekcjach.
Nick, mój przyjaciel od szóstej klasy, razem ze mną przeniósł się do nowej szkoły i zbliżyliśmy się przez wspólne nieszczęście. Nasze gusta pokrywały się w przypadku ówczesnych gigantów rocka alternatywnego – the Smashing Pumpkins, Oasis, Sonic Youth (mniej popularnych, ale przez to wyraźnie fajniejszych), Radiohead i Blur, gdy czuliśmy się refleksyjni, oraz Rage Against the Machine, by wściekać się na maszynerię. Znaliśmy punk – szkolne połączenie ethernetowe dostarczało nam informacji o Sex Pistols i the Clash, a cichy chłopak z naszej poprzedniej szkoły pożyczył mi szokująco szorstką płytę Minor Threat – ale punk wydawał się bardziej historią niż czymś żywym.
Nick był także utalentowanym sportowcem, podczas gdy ja ledwo wcisnąłem się do szkolnej drużyny piłkarskiej. Szukając czegoś w rodzaju tożsamości, dołączyłem więc do grupy improwizacji w maskach, ulubionego projektu nowego, ambitnego nauczyciela dramatu, który twierdził, że wprowadza awangardowe metody z „miasta”. Pierwszego dnia wykonywaliśmy ćwiczenia ruchowe w grubych, fakturowanych maskach z przesadnymi rysami, „odnajdując nasze postacie” – jak to ujął z powagą – poprzez poruszanie się po scenie i interakcje śmiesznymi głosami. Ku mojemu zaskoczeniu poczułem, jak unoszę się ponad nieśmiałością i depresją, które ciążyły mi od początku szkoły. Nikt nie drwił ze mnie za bycie dziwakiem. W rzeczywistości reżyser dopingował mnie, zachęcając, bym jeszcze bardziej się garbił i mamrotał. Ku mojemu zdumieniu, dobrze się bawiłem.
Podczas gry, w której musieliśmy przeprowadzać wywiady w swoich postaciach, zostałem sparowany z drobną, żywiołową dziewczyną w białym topie i kraciastych spodniach obszytych zamkami błyskawicznymi, z półgłową pomalowaną na neonową zieleń. Była wyraźnie naturalnym talentem – zwinną i dynamiczną w ruchach, bystrą i zaskakującą w odpowiedziach. Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu, gdy improwizowała z francuskim akcentem o swojej pilnej potrzebie zdobycia zapasu kosmicznych laserów. Grupa szybko to podchwyciła. Niezależnie od sytuacji, zawsze była gwiazdą, a wszyscy inni musieli się do tego dostosować. Na pierwszym koncercie Thursday, na który poszedłem… prawdziwa frajda polegała na oddaniu swojego poczucia ja – wciąż tak nieokreślonego, a już naznaczonego przez życie – tłumowi.
Po zajęciach dowiedziałem się, że ma na imię Emily. Tak jak ja, była uczennicą dochodzącą, a nie mieszkającą w internacie; mieszkała właściwie naprzeciwko szkoły. Potwierdziła też to, co podejrzewałem: interesowała się punkiem. Szczegóły są dziś zamglone, ale albo grała w zespole emo, albo niedawno grała, i spotykała się – albo się spotykała – ze starszym facetem ze ska-bandu, a może było na odwrót. Wydawała się, jakby spadła z innej planety. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej jej nie spotkałem? Pewnie dlatego, że była zajęta robieniem fajnych rzeczy.
Emily lubiła Dead Kennedys (Nick i ja natychmiast uznaliśmy ich idealną piosenkę „Nazi Punks Fuck Off” za nasz hymn i mantrę), a także mnóstwo lokalnych i półlokalnych zespołów, o których istnieniu nie miałem pojęcia. W tych zespołach występowali chudzi faceci z drżącymi głosami, rozdzierający gitarowe riffy i wrzeszczący na całe gardło w różnym stopniu. Thursday, Brand New, Taking Back Sunday, Saves the Day i niezliczone inne lokalne, mniej znane zespoły stały się moją nową ścieżką dźwiękową – szybko przyjąłem do serca emo z New Jersey i Nowego Jorku. To przede wszystkim Thursday, z ich ciężkimi riffami i enigmatycznymi tekstami, które zacierały granice między złamanym sercem a wydarzeniami zmieniającymi świat („Tak było pierwszego dnia / Widzieliśmy Paryż w płomieniach”), naprawdę zdobyli moje serce i umysł. Ich brzmienie było na tyle ostre, by odstraszyć normalnych ludzi, ale byli też wrażliwi i pretensjonalni, zupełnie jak ja. Wyszukiwałem ich piosenki i innych na pirackich stronach, przeszukiwałem Princeton Record Exchange w poszukiwaniu ich płyt CD i wymieniałem się nimi z Nickiem, by nagrywać i robić składanki.
Spędzałem czas z Emily w grupie improwizacji, ale pozostawała postacią tajemniczą, niemal aspirującą, zawsze zdającą się być gotową do odejścia. Ledwo przebrnąłem przez rok szkolny i na lato wycofałem się z rodziną na wybrzeże New Jersey. Odkrycie punkowego sklepiku na molo gwałtownie przyspieszyło moją edukację emo. Spędzałem tam godziny, zapamiętując nazwy zespołów, okładki albumów i tytuły piosenek. Faceci za ladą byli klasycznymi jerseyowskim mądralami, żywcem wyjętymi z **„Clerks”**, prychającymi, gdy pytałem, jaką płytę puszczają. (Wiedziałem, że to Sunny Day Real Estate – po prostu nie wiedziałem, który album!) Pod koniec lata potrafiłem snuć opowieści o historii sceny i podgatunkach: hardcore, punk z południowej Kalifornii, ska, z domieszką metalu (w końcu to była też era Slipknot). Znalazłem swoje miejsce tak, jak zawsze – poprzez naukę.
Koncerty, gdy Nick i ja zaczęliśmy na nie chodzić tej jesieni, były zupełnie innym doświadczeniem. Byłem wcześniej na kilku koncertach, ale żaden nie wymagał takiego uczestnictwa jak punkowe występy. Na moim pierwszym koncercie Thursday, w Club Krome w South Amboy, zdałem sobie sprawę, że bycie w publiczności jest rolą niemal tak ważną jak bycie na scenie. Pociliśmy się na sąsiadów, przepychaliśmy i potrącaliśmy w pitcie lub staliśmy na straży na jego obrzeżach, i wrzeszczeliśmy każde słowo – bez względu na to, jak absurdalne – jakbyśmy je sami napisali. Radość płynęła z oddania swojego poczucia ja – mojego wciąż nieukształtowanego, a już poobijanego – tłumowi, bez zamartwiania się, kim się jest lub kim się powinno być. W moich czarnych koszulkach i dżinsach, z prostą fryzurą i niemodnymi okularami w drucianych oprawkach, w zasadzie chciałem zniknąć.
Nowa powieść Martina śledzi piątkę przyjaciół radzących sobie z niepewnym przejściem do życia po studiach.
Zdjęcie: dzięki uprzejmości Macmillan
Może dlatego, gdy wspominam wszystkie te noce spędzone w tych miejscach, mam trudności z wyobrażeniem sobie siebie tam. Punk, sięgający przynajmniej czasów Sex Pistols w Londynie i Ramones w Nowym Jorku, zawsze był tak samo stylem, jak muzyką. Nawet w stosunkowo pomijanych wczesnych latach 2000., w obrębie sceny emo i hardcore, która wówczas… Zafascynowana „autentycznością”, punk wystawiał na pokaz swoje liczne spektakle: irokezy i skórzane kurtki nabijane ćwiekami, dżinsowe kurtki pokryte naszywkami przypiętymi agrafkami lub przyprasowanymi, spodnie bondage, podarte koszule i wszelkiego rodzaju kolczyki w twarzy. Mój własny, stonowany wygląd pasował do zespołów, które lubiłem, mających podkreślać zwyczajną, codzienną naturę piosenek o złamanym sercu i zdradzie. Patrząc wstecz, dostrzegam teraz związek, którego wtedy nie mogłem pojąć ani wykorzystać – między radością, jaką znajdowałem w improwizacji, a performatywną możliwością bycia dzieckiem na punkowym koncercie. Zmiana ubrania, zmiana nastawienia, mogły być transformujące.
Emily wnosiła na koncerty dramatyczną energię, przeciskając się przez tłumy w surrealistycznych ciuchach z second handów, surfując na tłumie, nurkując ze sceny i przyjmując łokciami w twarz z teatralnym rozmachem. Zazdrościłem jej, jak czuła się w tych chwilach u siebie, prawowita w sposób, w jaki ja nigdy nie byłem. Myślę, że wymagałoby to skoku – lub przynajmniej podskoku – w sztuczność lub fantastykę, na co sobie nie pozwalałem. Gdybym to zrobił, możliwe byłoby inne rodzaje transcendencji; mógłbym stać się kimś innym. Tak jak było, kochałem być wśród punków i zdobywałem swoje małe blizny bitewne i historie. Ale nigdy w pełni nie wszedłem w tę historię, nigdy nie znalazłem swojej roli.
W kolejnych latach skierowałem swoją energię ku pisaniu – z natury wewnętrznemu zajęciu, choć wymaga ono pewnej persony, rodzaju zbroi, by robić to dobrze. Zakochałem się i odkochałem w Emily, która zakochała się i odkochała w innych ludziach, innych ja. Oboje odkochaliśmy się w emo, choć chciałbym myśleć, że jego duch histerycznej, zranionej męskości heroicznie przeniosłem w dorosłość i małżeństwo. W zeszłym grudniu w Brooklynie, na wyprzedanym koncercie rodzinnego zespołu Geese – którego młodość i nastawienie noszą w DNA ślad emo – znalazłem się jako starszy pan w morzu zachwyconych nastolatków, po cichu krytykując ich zbyt wyreżyserowany moshing i nawyk filmowania siebie w pitcie. Następnego ranka obejrzałem filmy, które opublikowali. Wyglądali niesamowicie. Na żadnym nie było mnie.
Często zadawane pytania
Oczywiście Oto lista często zadawanych pytań dotyczących Mojej Podróży z Emo, zaprojektowana tak, by brzmiała jak pytania od prawdziwej osoby, z jasnymi i bezpośrednimi odpowiedziami
Rozpoczęcie Podstawy
P: Czym dokładnie jest Moja Podróż z Emo?
O: To osobisty proces uczenia się rozumienia, identyfikowania, akceptowania i zarządzania swoimi emocjami w zdrowy sposób. Chodzi o budowanie lepszej relacji ze swoimi uczuciami.
P: Czy to nie polega po prostu na byciu cały czas szczęśliwym?
O: Wcale nie. Chodzi o doświadczanie pełnego spektrum emocji – smutku, złości, strachu, radości – bez bycia przez nie przytłoczonym. Chodzi o równowagę, a nie o ciągłe szczęście.
P: Nie jestem zbyt w kontakcie ze swoimi uczuciami. Od czego w ogóle zacząć?
O: Zacznij od zwykłego zauważania fizycznych odczuć w ciele. Napięcie, trzepotanie w żołądku, ucisk w klatce piersiowej. To często są wskazówki. Następnie spróbuj nazwać uczucie prostym słowem: „Czuję się zestresowany” lub „Jestem podekscytowany”.
P: Czy do tego potrzebny jest terapeuta?
O: Chociaż terapeuta może być doskonałym przewodnikiem, możesz rozpocząć tę podróż samodzielnie poprzez autorefleksję, dziennikarstwo i uważność. Terapia jest potężnym narzędziem, jeśli czujesz się zablokowany lub zmagasz się z intensywnymi emocjami.
Korzyści Wyzwania
P: Jaka jest rzeczywista korzyść z tego? Czy nie sprawi to, że będę nadmiernie analizować wszystko?
O: Główną korzyścią jest odporność emocjonalna. Będziesz reagować mniej impulsywnie, podejmować lepsze decyzje i mieć zdrowsze relacje. Chodzi o obserwowanie uczuć bez utykania w ich nadmiernym analizowaniu.
P: Często czuj
