Daleko od neonowych ulic Tokio i surowego światła jarzeniówek szpitala w Atlancie, do którego zdążyłam zapaść niechęć, miękkie poranne słońce Kioto otuliło mnie w chłodny listopadowy dzień. Mój mąż i ja znaleźliśmy się w Chramie Okazaki, usytuowanym w spokojnej dzielnicy Północne Higashiyama. Ten mniej znany chram shinto nie był w naszym planie podróży. Cicho przeszliśmy przez jego kamienną bramę torii – próg prowadzący do świętej przestrzeni – i natychmiast otoczyli nas jego strażnicy. Chram Okazaki jest poświęcony płodności i narodzinom, a strzeże go niezliczona ilość figurek królików: różowych betonowych, ceramicznych, kamiennych, a nawet ręcznie malowanych na lampionach z ryżowego papieru. Gdy to zgromadzenie duchowych posłańców przyjęło nas, z niechęcią zastanawiałam się, jak tu trafiliśmy.

Osiem miesięcy wcześniej, podczas zwykłego wieczoru przy pierogach w naszej ulubionej miejscówce, mój mąż Eduardo otrzymał telefon. Wyniki badań krwi z rutynowej kontroli wykazały niebezpiecznie wysoki poziom białych krwinek. „To może być błąd laboratoryjny… lub białaczka” – mruknął dyżurny lekarz, nakazując nam natychmiast udać się na ostry dyżur. W ciągu kilku godzin został przyjęty do szpitala z rzadkim typem chłoniaka nieziarniczego. Kolejne tygodnie wypełniły biopsje szpiku kostnego, badania PET i testy, które wyczerpały nas fizycznie i emocjonalnie. Potem nadeszła kolejna surowa rzeczywistość: jeśli kiedykolwiek chcielibyśmy założyć rodzinę, droga nie będzie prosta. Musieliśmy działać szybko, aby zachować możliwości, zanim rozpoczęło się leczenie, które mogło zaszkodzić płodności. Naszą jedyną opcją było zapłodnienie in vitro.

Niecałe osiemnaście miesięcy po ślubie wiedzieliśmy, że pewnego dnia chcemy mieć dziecko, ale naiwnie zakładaliśmy, że stanie się to naturalnie. To założenie, podobnie jak wszystkie nasze plany, zdawało się rozpływać z dnia na dzień. Mój umysł miotał się między dwoma paraliżującymi lękami: utratą Eduardo i brakiem wspólnego dziecka. Pośród niekończących się wizyt lekarskich przeszliśmy starannie zaplanowane procedury. Dzięki codziennym zastrzykom trzymałam się nadziei, że gdy ten koszmar się skończy, przyjdzie nasza kolej, by zostać rodzicami. Ale po uzyskaniu zerowej liczby zarodków ta nadzieja okazała się krucha.

Po raz pierwszy od tygodni odetchnęłam z ulgą, gdy Eduardo zakwalifikował się do badań klinicznych z wykorzystaniem celowanej immunoterapii zamiast standardowej chemioterapii. Rozpoczęło się jego leczenie, a wraz z nim moja walka z niepłodnością. Spędziłam niezliczone godziny u jego boku podczas długich wlewów, pisząc maile do specjalistów od płodności i przeglądając wszystkie fora internetowe, jakie udało mi się znaleźć. Ale w miarę jak jego leczenie postępowało i narastało wyczerpanie, zaczęłam się zastanawiać, czy odpowiedzi, których szukałam, w ogóle coś zmienią.

Czuliśmy się dalecy od założenia rodziny niż kiedykolwiek, jednak powoli zdrowie Eduardo się poprawiało. Zaczęłam dostrzegać, że nawet w żałobie nadzieja nie była tylko możliwa – była konieczna, aby przetrwać każdy dzień. Przed diagnozą, gdy przyszłość wydawała się otwarta, rozwijałam się dzięki spontaniczności, zwłaszcza w podróżach. Potrzebowałam przypomnienia, że życie wciąż może kryć nieoczekiwaną radość. Tym przypomnieniem stała się wymarzona podróż do Japonii. Wdzięczni za zgodę jego lekarzy, oboje pragnęliśmy tej podróży, aby ponownie połączyć się z ludźmi, którymi kiedyś byliśmy – radosnymi, optymistycznymi, podekscytowanymi tym, co przed nami.

Gdy tylko wylądowaliśmy na lotnisku Haneda, elektryzująca energia Tokio ożywiła nas. Od Tsukiji Market po sushowe stoły z gwiazdkami Michelin, rozkoszowaliśmy się wędzonym grillowanym unagi. Rozkoszowaliśmy się nigiri z węgorzem rozpływającym się w ustach i najsłodszymi kandyzowanymi truskawkami. W Harajuku spotkaliśmy początkujących projektantów, przeglądaliśmy butiki z luksusową odzieżą używaną i ucieszyliśmy się z niespodziewanego spotkania z przyjaciółmi z domu. Wieczór zakończył się w maleńkim pokoju karaoke, gdzie chwyciliśmy złoty mikrofon i wyśpiewaliśmy Katy Perry: „You and I will be young forever”.

Z Tokio udaliśmy się do Kanazawy, często nazywanej „Małym Kioto” ze względu na dobrze zachowane dzielnice samurajów i gejsz. Przeszliśmy na wolniejsze tempo, wracając każdego wieczoru do naszego minimalistycznego sanktuarium w Korinkyo, dawnej galerii sztuki przekształconej w 18-pokojowy butikowy hotel. Dni spędzaliśmy, zanurzając się w żywych jesiennych liściach w Muzeum D.T. Suzukiego i Ogrodach Kenroku-en, starając się nie poruszać tematów raka i dzieci.

Takie było nasze niewypowiedziane porozumienie – dopóki nie dotarliśmy do Kioto i nie odkryliśmy Chramu Okazaki. Wielu odwiedza go, mając nadzieję na błogosławieństwo poczęcia i bezpiecznego porodu, spisując swoje życzenia na małych drewnianych tabliczkach zwanych **ema**. Znaleźliśmy naszą i napisaliśmy: „Modlimy się o błogosławieństwo jednego zdrowego dziecka, które dopełni naszą rodzinę. Pragniemy powrotu do zdrowia i poczęcia”. Zawiesiliśmy ją w idealnym miejscu, a ja obserwowałam, jak nasza najgłębsza nadzieja wyszła w świat – odsłonięta, lecz otoczona przez tak wielu innych.

„To się spełni” – szepnął mój mąż, przytulając mnie mocniej. W ciszy chramu, wśród królików i cichych marzeń innych, stojących przed taką samą niepewną przyszłością, i ja pozwoliłam sobie w to uwierzyć.



Często zadawane pytania
Oczywiście. Oto lista często zadawanych pytań na temat artykułu „Po diagnozie, która zmieniła życie, podróż do chramu płodności w Kioto dała mi nadzieję”, napisana naturalnym, konwersacyjnym tonem.



Ogólne pytania dla początkujących



P: O czym jest ta historia?

O: To osobisty esej o kimś, kto po otrzymaniu poważnej diagnozy zdrowotnej podróżuje do konkretnego chramu w Kioto w Japonii i znajduje tam poczucie nadziei oraz duchowej pociechy.



P: Który chram w Kioto jest tu opisany?

O: Prawie na pewno chodzi o Chram Jishu, znajdujący się w obrębie słynnego kompleksu świątynnego Kiyomizu-dera. To jeden z najbardziej znanych w Japonii chramów poświęconych miłości i swataniu, a przez to także płodności i szczęśliwym narodzinom.



P: Dlaczego ktoś miałby odwiedzać chram po diagnozie medycznej?

O: Poważna diagnoza może sprawić, że czujesz się bezsilny. Odwiedzenie świętego miejsca może być sposobem na poszukiwanie wsparcia duchowego, znalezienie spokoju, wykonanie rytuału, by poczuć się proaktywnie, i połączenie z tradycją, która oferuje nadzieję wykraczającą poza medyczne wykresy.



P: Czy chodzi o zastąpienie leczenia medycznego wizytą duchową?

O: Nie, wcale nie. Historia przedstawia wizytę w chramie jako uzupełnienie opieki medycznej. Chodzi o leczenie emocjonalnych i duchowych ran, które niosą ze sobą diagnoza, a nie ignorowanie tych fizycznych.



Głębsze pytania zaawansowane



P: Jakie rodzaje rytuałów lub praktyk mają miejsce w Chramie Jishu?

O: Odwiedzający często spisują życzenia na drewnianych tabliczkach, kupują amulety na miłość lub łatwy poród oraz próbują sił przy „Kamieniach Miłości”. Polega to na przejściu z zamkniętymi oczami między dwoma kamieniami oddalonymi o 18 metrów – sukces oznacza, że znajdziesz miłość.



P: W jaki sposób miejsce może w praktyczny sposób dać komuś nadzieję?

O: Nadzieja nie zawsze dotyczy gwarantowanego wyniku. Sam akt podróżowania, angażowania się w wiekowy rytuał i przebywania w spokojnym, pięknym miejscu może wywołać zmianę mentalną. Może zmniejszyć poczucie izolacji, zapewnić symboliczny nowy początek i na nowo rozpalić poczucie możliwości.



P: Czy to nie jest po prostu efekt placebo?

O: W pewnym sensie tak, ale to nie czyni go mniej ważnym. Efekt placebo to realne zjawisko psychologiczne i fizjologiczne.