W tym tygodniu firma Mattel zaprezentowała lalki American Girl z okazji 40-lecia, w edycji "Modern Era", a reakcje w sieci były wszystko, tylko nie ciche. Kirsten Larson, szwedzka imigrantka z opowieści o prerii z 1854 roku, zamieniła tradycyjne warkoczyki na kok-pinezkę. Felicity Merriman z kolonialnej Wirginii z 1774 roku nosi teraz dżinsy. Addy Walker, której historia zaczyna się od zniewolenia w 1864 roku, została wystylizowana ze złotymi kolczykami-kółkami. A Samantha Parkington – sierota poruszająca się po Nowym Jorku 1904 roku w bufkowych rękawach i z wstążkami we włosach – wyglądała, jakby była ubrana w odzież dziecięcą Ralph Laurena. Same lalki zostały też pomniejszone z oryginalnych 18-calowych figurek z materiałowym korpusem do 14,5-calowych postaci, o nieco bardziej wyrazistych rysach, błyszczących ustach i ciemniejszych rzęsach. Szybko rozprzestrzeniły się żarty o Ozempiku, a wieloletni fani byli zszokowani. Wielu zastanawiało się, dlaczego coś tak ukochanego, tak związanego z dziecięcymi wspomnieniami, w ogóle potrzebowało odświeżenia.

Mattel był odświeżająco bezpośredni co do swojego rozumowania. Jamie Cygielman, globalna szefowa działu lalek w firmie, powiedziała "The New York Times", że podczas gdy dorośli konsumenci pozostają przywiązani do historycznych postaci, młodszych kupujących przyciągają współczesne kolekcje. Wyjaśniła, że nowa linia ma "celebrować oryginalne historyczne postacie w innej formie". Innymi słowy, dzisiejsze dziewięciolatki nie proszą o więcej 1904 roku.

A dlaczego miałyby? Może i przeżywamy boom nostalgiczny, ale rzadko sięga on dalej niż koniec XX lub początek XXI wieku. Przewijając TikToka, znajdziemy mnóstwo rewivalizmu z czasów przełomu tysiącleci – dresy Juicy Couture, niskie dżinsy, błyskotliwa pewność siebie stylu McBling. Okazjonalny powrót lat 90. pojawia się dzięki markom takim jak Calvin Klein, ale to mniej więcej tak daleko, jak sięga zbiorowa pamięć. Książki o "Plotkarce" dostają sequel. Przerabiamy "Diabeł ubiera się u Prady". Musicalowa ekranacja "Mean Girls" wzbudziła w sieci znacznie większe poruszenie niż chwalona adaptacja "West Side Story" w reżyserii Stevena Spielberga. Przesłanie jest subtelne, ale jasne: przeszłość jest mile widziana, o ile nie wydaje się zbyt odległa.

Ja sama nigdy nie miałam lalki American Girl. Kiedy byłam w wieku, w którym chciałam ją mieć, nie mieszkałam w Stanach Zjednoczonych, a kiedy się tu przeprowadziłam, teoretycznie z nich wyrosłam. Dopiero w dorosłości – przechodząc koło flagowego sklepu American Girl przy Piątej Alei w drodze do pracy – poczułam ich urok. Widziałam małe dziewczynki w zestawach dopasowanych do ich lalek, idące na górę na popołudniową herbatę, i coś we mnie się poruszało. Pojawił się wyraźnie kobiecy rodzaj syndromu Piotrusia Pana – nie dlatego, że chciałam znów być dzieckiem, ale dlatego, że nigdy nie sączyłam Earl Greya obok własnej lalki. (Gdybym miała, z pewnością byłaby to Samantha.)

Bez wątpienia byłabym fanką American Girl. Jako dziecko miałam zestaw historycznych lalek papierowych, których talie empire, krynoliny i suknie flapperskie rozbudzały moją ciekawość historii w sposób, w jaki nie zrobiłby tego żaden podręcznik. Wiele wskazuje na to, że pomogły one ukształtować karierę, którą ostatecznie podjęłam. Dlatego kupienie lalki American Girl dla mojej córki wydaje mi się mniej ekstrawagancją (nawet jeśli ma ona dopiero kilka miesięcy), a bardziej osobistym odzyskaniem. Przede wszystkim chcę, żeby i ona poczuła ten sam pociąg do innej epoki.

Na tym polegał cichy geniusz oryginalnych lalek American Girl. Nie były to tylko urocze kolekcjonerskie przedmioty; były portalami. Suknie Sama